Zakon RAM – mądrość, filozofia, literatura

Lipiec 23, 2008

Dziecko świata

Filed under: Paulo Coelho - wywiady — zakonram @ 7:55 pm
Tags: , , , ,

Małgorzata Domagalik: – Jak zareagował pan na wiadomość, że jest jednym z piętnastu najczęściej czytanych pisarzy świata?
Paulo Coelho: – Byłem porażony. Pisanie książek dla wielu czytelników staje się bowiem czymś abstrakcyjnym. Gdy czytają mnie miliony, nie może być już przecież mowy o bezpośrednim kontakcie.

– Czy przystępując do pisania, „wypreparowuje” pan zatem z tych milionów jednego czytelnika, dla którego pisze pan książkę?
– Nie, przede wszystkim piszę ją dla siebie.
– To, co jest ciekawe dla pana, będzie również interesujące dla innych?
– Takie podejście do sprawy wiąże się oczywiście z pewnym ryzykiem. Ale przecież jest nim całe życie. To są jego najbardziej interesujące rewiry. Kiedy więc siedzę przed komputerem, to – po pierwsze – mówię bezpośrednio do dziecka, które zachowałem w sobie. Pisanie książki jest dla mnie bezustannym odkrywaniem siebie. A kiedy już jestem w kontakcie z własną duszą, to dzięki bardzo dużej koncentracji nawiązuję kontakt z czymś, co uznaję za uniwersalne – z duszą moich potencjalnych czytelników.
– Ile lat ma zachowane w panu dziecko?
– Osiem. Uwielbia słuchać opowieści przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Żeby się z nim spotkać, naprawdę muszę zajrzeć w siebie bardzo głęboko. Muszę znać jego tragedie i wzniosłe momenty. Próbuję nawet w jakiś sposób nawiązać z nim fizyczny kontakt. Dlatego godzinami gram w stołową piłkę nożną. Jestem w tej grze prawdziwym mistrzem. Jestem najlepszy. A gram właśnie po to, żeby sprawić przyjemność „mojemu” dziecku.
– Pisze pan książki bardzo szybko. Czy to znaczy, że zachowane w panu dziecko jest bardzo niecierpliwe?
– Nie, niecierpliwość to przywilej kobiet. Noszę w sobie książkę i jej konstrukcję mniej więcej przez dwa lata. To swego rodzaju ciąża i dlatego poród trwa tak krótko. Kilkanaście dni.
– Czy świadomość, że jest się pisarzem kultowym, nie wywołuje poczucia presji, męczącej odpowiedzialności?
– Czuję się odpowiedzialny za to, co piszę, nie zaś za to, jak moje książki interpretują czytelnicy. Daję im całkowitą wolność. Z tego względu lubię wykorzystywać symbole. Nie tylko dlatego, że „moje” dziecko lubi metafory, lecz dlatego, że słowo powinno mieć swoje znaczenie. Każdy sam ponosi odpowiedzialność za to, co ono dla niego znaczy. Dobrze zinterpretowane jest katalizatorem przyspieszającym życiowe reakcje.
– Odnoszę wrażenie, że pana czytelnicy wierzą, iż zdobył pan jakiś monopol na wiedzę o życiu…
– To zupełna nieprawda. Mam nadzieję, że raczej postrzegają mnie jako współtowarzysza podróży. Dzielę się z nimi swoimi doświadczeniami. Bóg jest wielkim demokratą i każdemu daje możliwość poznania świata. Mój czytelnik nie powinien myśleć: „Ten Coelho wie coś więcej ode mnie”. Powinien być pewien, że tylko przypominam mu coś, o czym on sam wcześniej zapomniał.
– I wówczas odczuwa te same co inni lęki, smutki i chwile szczęścia?
– Dokładnie tak. Kiedy człowiek czuje, że nie jest sam, bardzo wiele rzeczy zmienia się w życiu. Jeśli się tego poczucia wspólnoty nie doświadczy, jest się zgubionym.
– Często kierowane są do pana pytania, co jest najważniejsze w życiu. A co w nim nie ma najmniejszego znaczenia?
– Podążanie za marzeniami innych ludzi. Społeczeństwa, rodziców, mężów i żon. Ważne jest tylko to, co nam się śni i nikomu innemu. Jeśli człowiek zdecyduje się podjąć ryzyko życia po swojemu i jeżeli nawet przyjdzie mu za to zapłacić, przynajmniej zdobędzie szacunek dla samego siebie.
– Dlaczego tak trudno jest nam to zrozumieć?
– Ponieważ wciąż niewielu ludzi w naszym otoczeniu na takie ryzyko się decyduje. Niewielu chce się wybrać w niebezpieczną podróż w głąb samego siebie.
– Pana podróż to wiele wzlotów i upadków. Trzy razy był pan w więzieniu, należał pan do grupy satanistycznej, narkotyzował się i cztery razy żenił…
– Mimo że jestem katolikiem.
– Pisze pan, iż największym kłamstwem świata jest wmawianie ludziom, że ich życie zależy od fatum, a nie od nich samych.
– Sam doświadczyłem jego niszczycielskiej siły. Chciałem być pisarzem, ale moja matka twierdziła, że się do tego nie nadaję. Początkowo jej uwierzyłem i dlatego swoją pierwszą książkę napisałem dopiero, kiedy skończyłem 38 lat. Miałem wówczas do wyboru: albo się załamać, albo wpaść w furię i osiągnąć to, o czym marzyłem.
– Koszmar, który śni się panu po nocach?
– Kiedy pracowałem w wytwórni muzycznej CBS, zaproponowano mi, bym został szefem koncernu.
– Czy to prawda, że prawie dwieście dni w roku spędza pan w podróży, promując swoje książki?
– Robię tak nie z obawy, że moje książki nie będą się dobrze sprzedawały, lecz dlatego, że życie ma tylko wtedy sens, gdy spotykamy się z innymi ludźmi. Lubię być obywatelem świata.
– Jakiego pytania nadużywa się w stosunku do pana?
– Nie mogę już słuchać: „Dlaczego zdecydował się pan na pisanie?”. Pytano mnie o to pięć tysięcy razy.
– W pana kilkusetmetrowym apartamencie w Rio de Janeiro znajduje się popiersie Dantego…
– Kocham go i podzielam jego fascynację wędrówką człowieka przez piekło, czyściec i raj. Człowiek w swoim życiu pokonuje te przestrzenie kilka razy.
– Ma pan na przedramieniu wytatuowanego motyla?
– Motyl jest symbolem zmian. Nigdy – używając przenośni – po przeobrażeniu się poczwarki w motyla człowiek nie jest taki sam.
– Jaką postać podziwia pan najbardziej?
– Jezusa.
– W jakich sytuacjach pan kłamie?
– Wszyscy kłamiemy co najmniej kilka razy dziennie i zawsze mamy na to dobre wytłumaczenie. Kiedy nie chcę powiedzieć kobiecie, że jest brzydka, mówię jej, że jest czarująca.
– Co uważa pan za swoje największe dokonanie?
– To, że w chwili załamania i frustracji napisałem książkę, co całkowicie odmieniło moje życie.
– A co jest najważniejsze w związku kobiety z mężczyzną?
– Rozmowa.
– Nie ukrywa pan, że wiele nauczył się od swej pierwszej, starszej o kilkanaście lat żony?
– Tak, nauczyłem się seksu, jeżdżenia samochodem, mówienia po angielsku. Nadal się przyjaźnimy.
– Dlaczego na pytanie, co to jest szczęście, tak często wzruszamy ramionami?
– Bo nie potrafimy się cieszyć życiem. Dla mnie synonimem szczęścia jest niedzielne popołudnie.

Rozmawiała: Małgorzata Domagalik / Wprost, 20 grudnia 2000

Reklamy

Lipiec 7, 2008

W ślad za znakami

Filed under: Paulo Coelho - wywiady — zakonram @ 6:32 pm
Tags: ,

(Zwierciadło październik 1999) Światowy rozgłos „Alchemika”, opowieści o chłopcu-pasterzu, który podąża śladem swych marzeń, uczynił jej autora jednym z najpoczytniejszych pisarzy końca naszego wieku. Czy to w Polsce, czy w Stanach Zjednoczonych na spotkania autorskie z Paulem Coelho przychodzą tłumy czytelników spragnionych choćby krótkiej z nim rozmowy.

– Dla czytelników pańskich książek stał się pan mistrzem rozwoju duchowego, swoistym guru. Czy ma pan siłę sprostać temu oczekiwaniu?
– Z moimi czytelnikami dzielę się jedynie doświadczeniem. Nie próbuję tłumaczyć im wszechświata. Nie mówię, co oznaczają znaki, omeny. Nie udzielam nauk. Jestem po prostu dobrym kompanem, ale na pewno nie mistrzem. Jestem starszym bratem, ale nie guru.

– Czy to znaczy, że pisze pan dla każdego, a nie tylko dla tych, którzy już wiedzą, co w życiu jest ważne?
– Mam nadzieję, że moje książki o zwykłych ludziach są dla zwykłych ludzi. Uważam, że te, które próbują czytelnika ukierunkować, są niebezpieczne dla naszej drogi duchowej. Moje książki są tylko dzieleniem się przeżyciami. Nie wierzę w gromadzenie wiedzy. Dla mnie wartością jest objawienie, ujawnianie rzeczy nowych. Wierzę w odkrycia, w otwieranie się na nowe, nieznane. Ponad wszystko w to, że życie jest przygodą, czymś niespodziewanym. Wierzę w akt wiary, w mówienie sobie „jestem gotowy”, mówienie „wiem”, nawet jeśli nie wiem. Tak jak napisałem w „Alchemiku”, cały wszechświat pomaga nam, kiedy gotowi jesteśmy iść naprzód. Jeśli otworzymy się i uwierzymy, że coś jest możliwe, tak się stanie. By żyć pełnym życiem, nie musimy trzymać się kurczowo utartych szlaków. Nie wolno ślepo podążać za tymi, którzy uważają się za mądrzejszych od nas, za mistrzów, guru. Tymi, którzy sądzą, że wiedzą więcej od nas. W ten sposób pozbawiamy się odpowiedzialności za nasz własny los. Jesteśmy wystarczająco silni, by sami poradzić sobie z nieznanym. Ufajmy przede wszystkim sobie.

– Jak długo dojrzewało w panu pragnienie, by zostać pisarzem?
– Kiedy pierwszy raz pomyślałem o pisaniu, bytem przerażony Bałem się, że jest to niemożliwe. Minęły lata, zanim zrozumiałem, że jesteśmy na Ziemi po to, by realizować swoje marzenia. Mimo że często płacimy za to wysoką cenę, i to niezależnie od tego, czy osiągamy sukces, czy ponosimy porażkę. Zadebiutowałem, mając 38 lat. Dziwiono się, jak to możliwe. Jak widać, wszystko jest możliwe. Możemy zrobić, co chcemy Przeszkodą jest tylko to, że za bardzo liczymy na innych, podpieramy się innymi. Szukamy wymówek, wmawiamy sobie, że nie umiemy czegoś zrobić. Przełomem w moim życiu był rok 1986. Odbyłem wówczas pielgrzymkę do sanktuarium Santiago de Compostella w Hiszpanii, gdzie od wieków ciągną rzesze chrześcijan. Mistyka tego miejsca wywołała we mnie taki wstrząs, że musiałem to opisać. Dzięki temu w 1987 r. pojawiła się moja pierwsza książka. „Pielgrzymka”.

– Co pan wtedy czuł?
– Stanąłem oko w oko ze swym przeznaczeniem. Zdawałem sobie sprawę, że mogę ponieść porażkę, i byłoby to na pewno bolesne i gorzkie. Wiedziałem jednak, że to, co zrobiłem, było wyłącznie moim świadomym wyborem. Wybrałem walkę i – jak nazywam ją w „Pielgrzymce” – była to dobra walka. Dziękuję dziś Bogu, że dokonałem takiego wyboru, że się w ogóle odważyłem.

– Nie bał się pan, że może być złym pisarzem? Nie znaleźć wydawcy, czytelników?
– Oczywiście, uwzględniałem to. Moja pierwsza książka nie była sukcesem. Nawet „Alchemik” nie sprzedawał się dobrze na początku. Pierwszy wydawca w Brazylii zerwał ze mną kontrakt, ponieważ książka nie przynosiła mu dochodu. Ale wszechświat robił wszystko, żeby mi pomóc i wierząc w to nie przestałem pisać. Byłem uparty, zdecydowany. Dlatego mi się udało. „Alchemika” najpierw wydano w Hiszpanii, po dwóch latach w USA. Pomogła mi w tym wtedy dwudziestoletnia osoba. Nie miała w ogóle doświadczenia, ale była uparta i konsekwentna w tym, co robiła. I udało się. Monica Antunes z Hiszpanii, bo o niej tu mowa, została moją agentką. To, że ją spotkałem, też było znakiem, a może nawet cudem. To, że jestem popularny, na pewno jest cudem. Cudem bowiem jest wiedzieć, że nie jestem sam ze swoimi myślami.

– Druga pańska książka, „Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i plakatom”, opowiada o trudnej miłości. Dlaczego tak trudnej?
– Chciałem przedstawić miłość ziemską, która prowadzi do miłości boskiej. Pokazać, że można akceptować każdą miłość, która do nas przychodzi. Bywa, że czujemy się winni, kiedy jest to miłość inna od akceptowanej powszechnie. A przecież każda jest nam potrzebna do równowagi w życiu. Pamiętam, że kiedy pisałem „Na brzegu rzeki Piedry…” stawałem się Pilar. Przepełniony jej miłością. Była mi tak bliska, że odważyłem się pokazać ją żonie dopiero po ukończeniu książki. Nie chciałem by oceniała ją zbyt wcześnie.

– Podobno napisał pan tę książkę w ciągu dwóch tygodni?
– To prawda, pisałem ją piętnaście dni. Niektórzy, aby napisać książkę, muszą pojechać w spokojne miejsce, nad jezioro czy w góry Ja muszę być w centrum życia, w środku mojego zwykłego dnia, gdzie obok jest moja żona, sekretarka, setki przychodzących faksów. Wtedy wiem, że niezwykła magia dotyka mojej książki, że nie jest odizolowana od rzeczywistości. Zawsze kiedy chcę pisać, jadę do Brazylii, bo tylko tam mogę tworzyć. We własnym domu, we własnym biurze. Piszę szybko, ale książka dojrzewa we mnie przez dwa lata. Nie znaczy to, że myślę o niej nieustannie. Wiem jednak, że jest, że istnieje. Czeka tylko na odpowiedni moment, by ukazać się w całej postaci. Nie robię notatek, ponieważ jestem pewien, że ważne rzeczy pozostaną we mnie, a odejdą te nieważne. Jedyną czynnością, jaka pozostaje mi na koniec, jest wystukanie wszystkich słów na komputerze.

– Ciągle pan podróżuje. Co pana tak goni po świecie?
– Nauczyłem się podróżować dawno temu, jeszcze jako hippis, i za małe pieniądze. Dziś oczywiście podróże służą głównie promocji książek, ale dla mnie najważniejsze jest doświadczenie, jakie czerpię z tych podróży Manifestacją tego doświadczenia są moje książki. Wielu ludziom pomogły one inaczej spojrzeć na świat. Znaleźć w sobie odwagę, by poszukiwać.

– Czego pan szuka? Czy do duchowej wędrówki nie wystarcza religia?
– Wychowałem się w katolickiej rodzinie. Chodziłem do szkoły prowadzonej przez jezuitów, którzy znani są z twardych reguł. Już sam ten fakt wystarcza, aby odsunąć się od religii. Uczęszczanie do katolickiej szkoły jest najszybszą drogą do utraty wiary Kiedy skończyłem naukę, zdecydowałem, że muszę poszukać czegoś innego. Moja duchowa droga była dla mnie bardzo ważna. Zacząłem próbować – poznałem inne religie, sekty, tajemnicze ugrupowania. Wiele podróżowałem, aż zrozumiałem – przede wszystkim po pielgrzymce do Santiago de Compostella – że religia, którą mamy we krwi, jest najważniejsza, najistotniejsza. Powróciłem do Kościoła katolickiego. Uczęszczam na msze święte i zawsze noszę przy sobie wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej, który dostałem od kogoś jeszcze w Brazylii. Uważam jednak, że duchowa droga nie ma nic wspólnego z religią. Rozwój duchowy jest naszą odpowiedzialnością i musimy ją podjąć. Tylko od nas zależy, jaką drogę odbierzemy. Nie wolno przy tym zapominać, że Bóg zawsze nas prowadzi, bez względu na to czy rozumiemy to czy nie.

– Większość z nas podąża utartymi szlakami, bo tak łatwiej w życiu, bezpieczniej…
– Na szczęście są wśród nas tacy, którzy nie szukają łatwych dróg, mają odwagę zrobić coś nowego, innego. Potrafią odczytać znaki jakie im daje Bóg, i idą śladem tych znaków. Są jak rzeka. Nic nie jest w stanie ich zatrzymać. Akceptują wszelkie zmiany i nigdy nie tracą z oczu celu swej wędrówki.

Na zakończenie spotkania Paulo Coelho napisał mi na egzemplarzy swojej książki: Follwo the omens – podążaj za znakami.

Rozmawiała Iwona Hoffman

Rozmowa Paulo Coelho i Wojciechem Eichelbergerem

Filed under: Paulo Coelho - wywiady — zakonram @ 6:23 pm
Tags: , ,

O związkach literatury i psychoterapii.

Paulo Coelho, ur. 1947 r., w Rio de Janeiro, autor „Alchemika”, światowego bestsellera przetłumaczonego na 39 języków. Polskiemu czytelnikowi znana jest również jego powieść pt. „Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam” oraz wydana ostatnio „Piąta Góra”. Książki brazylijskiego pisarza są utrzymane w poetyce baśni. Opowiadają o tym, że każda życiowa klęska może oznaczać zwycięstwo, bo nic tak nie ubogaca, jak pokonywanie trudności. Coelho codziennie otrzymuje wiele listów z podziękowaniami od czytelników, którym jego książki przyniosły pomoc i ukojenie.

Wojciech Eichelberger, ur. 1944 r., psycholog, psychoterapeuta. Od ponad 20 lat prowadzi psychoterapię indywidualną i grupową oraz treningi umiejętności psychologicznej. Jest współzałożycielem warszawskiego Laboratorium Psychoedukacji. Swoim pacjentom zaleca m.in. lekturę „Alchemika”. Sam również wydał kilka książek, m.in. „Jak wychować szczęśliwe dzieci” czy nominowany do nagrody Nike esej pt. „Kobieta bez winy i wstydu”. Najnowsza pozycja to „Zdradzony przez ojca”. Eichelberger prowadzi telewizyjny program „Okna”, w którym ostatnio gościł Paulo Coelho.

„Polityka”: Na czym polega podobieństwo pracy terapeuty i pisarza? Czy są to zajęcia tak samo twórcze? Tak samo odpowiedzialne?

Paulo Coelho: Mój kontakt z odbiorcą jest pośredni. Docieram do niego poprzez druk, nie widzę go. Mam jednak świadomość, że moje słowa trafiają do czytelnika i czasem zaczynają działać. Wierzę w potęgę języka i jestem odpowiedzialny za każdą linijkę mojej książki. Nie mogę jednak kontrolować procesu interpretacji. Moja odpowiedzialność kończy się z ostatnim napisanym i sprawdzonym przeze mnie zdaniem.

Wojciech Eichelberger: Książki mogą być częścią pracy z drugim człowiekiem. Oczywiście istotą terapii jest autentyczne doświadczenie, nie przeżycie czytelnicze. Tu zaczyna się moja rola jako psychologa, czyli kogoś, kto bardziej słucha, niż mówi. Książka Paula może być w tej pracy wielką inspiracją. Ja jednak muszę brać odpowiedzialność nawet za ewentualne interpretacje pacjentów dotyczące tego, co robię i mówię w czasie sesji terapeutycznej.

P.C.: Moja sytuacja jest bardziej komfortowa. Chciałbym, aby moim powieściom przypisywano jedynie rolę katalizatora pewnych procesów duchowych. Książka sama w sobie nie może czegokolwiek zmienić.

W pana książkach nie ma narracyjnych eksperymentów, wielowątkowej fabuły, obszernej charakterystyki postaci. Czytając te powieści nie widzi się trudu autora-architekta. „Alchemika” napisał pan w 15 dni, a właśnie wydaną w Polsce „Piątą Górę” – w 23…

P.C.: A cóż to jest literatura? Spytajmy 100 krytyków, a każdy da nam inną odpowiedź. Dla mnie literatura to jedna z wielu dróg dzielenia z innymi tego, co się posiada wewnątrz. To sztuka podróży w głąb siebie. Niejednokrotnie porównywałem pisanie książek do porodu. Musi być szybkie, bo jeśli nie ma końca, umiera i matka, i dziecko.

Obu panów jako autorów cechuje postawa afirmacji kobiecości. To właśnie głównie czytelniczki stanowią najwierniejszy krąg odbiorców. Czy to jakaś odmiana męskiego feminizmu?

W.E.: Jestem bardzo wrażliwy na to, co zwykło się nazywać żeńską częścią Wszechświata. Podzielam pogląd, że dla utrzymania globalnej równowagi tak samo potrzebne nam jest to, co męskie, i to, co kobiece. Nie chodzi tu oczywiście o prostą różnicę płci. Uważam, że wszyscy mężczyźni powinni próbować rozwijać swoją „kobiecą” stronę duszy.

P.C.: Do mnie samego bardzo późno dotarło, że jest we mnie pierwiastek żeńskości. W książce „Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam” próbuję zmierzyć się z kobiecym sposobem odbierania świata – kobiecym miłosierdziem, współczuciem, intuicją. Wcielam się w moją bohaterkę, Pilar, opowiadam jej historię i próbuję w niej rozpoznać siebie.

Natomiast w „Alchemiku” opowiada pan historię chłopca, który trafia do wspaniałego pałacu. Musi dopilnować, żeby nie uronić ani kropli oliwy ze srebrnej łyżeczki. Takie zadanie powierza mu gospodarz. Chłopiec jest tak pochłonięty jego wykonywaniem, że zupełnie nie zwraca uwagi na otaczający go przepych. Właściciel zamku zachęca go do wycieczki po posiadłości. Niestety, podziwiając wytworne komnaty, młodzieniec rozlewa oliwę…

P.C.: I to jest właśnie alegoria niedoskonałości poznawania jednostronnego: kiedy za bardzo się na czymś skupiamy, po drodze umyka nam wiele cennych rzeczy.

W.E.: „Alchemik” zawiera wiele celnych metafor. Niektóre z nich wykorzystuję w pracy, zwłaszcza w pracy z kobietami. Książka pokazuje, że odnalezienie siebie wymaga pokonania wielu trudności. Nie wolno nam się poddawać. To normalne, że na drodze spotykamy zarówno mistrza, od którego się uczymy, jak i złodzieja czy oszusta.

P.C.: Ale skarbu nie zdobywa się w pojedynkę. Santiago, bohater mojej książki, odkrywa, że osiągnie to tylko z Fatimą.

W.E.: Tak jak w filozofii taoistycznej: siły yin (męskie) i yang (żeńskie) muszą być doskonale zharmonizowane. Równowaga tych sił jest podstawą kosmicznego porządku, który przekłada się zarówno na sferę społeczną, polityczną, jak i na życie wewnętrzne każdego człowieka.

A więc literatura miałaby być jedynie środkiem przywracającym czytelnikowi poczucie harmonii?

P.C.: Cały czas powtarzamy słowo „harmonia”. Chciałbym je uzupełnić pojęciem „konfrontacji”. W naturze wszystko dzieje się na drodze nagłego zderzenia. Wierzę, że jednym z naszych podstawowych doświadczeń jest to, że spotykamy innych ludzi. Dlatego tak wiele miejsca w moich książkach zajmują przygodni towarzysze, przybysze znikąd, którzy nagle się pojawiają i równie nagle odchodzą.

W.E.: Dlatego musimy być bardzo otwarci. Musimy chcieć odbierać te lekcje, na które zaprasza nas życie. Naszymi nauczycielami mogą być bardzo różni ludzie.

Nauczyciele, o których pan mówi, a Paulo Coelho pisze, niezbyt interesują się sferą intelektu. Polskie wydanie „Alchemika” opatrzone było hasłem: Nie czytaj tej książki rozumem, ona trafia prosto do serca.

P.C.: Jedną z bardziej trafnych odpowiedzi na podobne pytania zawarłem w książce „Na brzegu rzeki Piedry”: „Mądrość ludzi jest szaleństwem w oczach Boga. Jeśli posłuchamy głosu dziecka, które mieszka w naszej duszy, oczy nasze znowu nabiorą blasku”.

Całkowicie odrzuca pan racje rozumu?

P.C.: To za mocno powiedziane. Odrzucam jedynie monopol intelektu, jego dominację.

W.E.: Często mylimy intelekt z ukrytymi uprzedzeniami, pochopnymi sądami. Są one głęboko zakorzenione w naszym umyśle i rzutują na nasze widzenie świata. Wierzymy naszym uprzedzeniom, idziemy za ich głosem, bardzo trudno je nam zakwestionować. Prawdziwy intelekt to wspaniałe narzędzie. Możemy mu powierzać rozmaite łamigłówki i oczekiwać na zaskakujące rozwiązania, by następnie przekazać je intuicji. Bez intuicyjno-emocjonalnego etapu trudno wyobrazić sobie prawdziwe pokonanie trudności. Buddyzm traktuje intelekt jako kolejny zmysł, podobny do słuchu czy węchu, czyli kanał dostarczający nam jedynie fragmen-tarycznych i swoiście zniekształconych informacji o świecie. Intuicja natomiast jest czymś znacznie głębszym, związanym nie tyle z mózgiem, co z sercem.

W wypowiedziach obu panów pojawiają się elementy filozofii Wschodu. W książce „Kobieta bez winy i wstydu” pana Eichelbergera znalazłam deklarację sympatyzowania z buddyzmem.

W.E.: Buddyzm bardzo mnie inspiruje. Uważam jednak, że połączenie mądrości płynącej z chrześcijaństwa z wiedzą Wschodu bywa niezwykle pouczające.

P.C.: Studiowałem Zen przez wiele lat. Szczególnie bliski jest mi sposób, w jaki ta religia zwraca się do człowieka. Te wszystkie metafory, legendy i znaki stwarzają głęboką przestrzeń symboliczną, w której ja bardzo dobrze się czuję.

Krytycy często dopatrują się w książkach Coelho myślenia właściwego Nowej Erze. Na przykład Knut Tore Breivik napisał: „nie ma wątpliwości, że świat duchowy, który Coelho przedstawia, to świat z etykietką New Age”. Czy pana to oburza?

P.C.: Może trochę. New Age jest jak wielki worek, w który rozmaici eseiści i publicyści starają się wrzucić to wszystko, co wymyka się ich kategoryzacji. Nie jestem typowym przedstawicielem New Age z kilku powodów. Po pierwsze piję alkohol i jem mięso. Rozumiem wegetarian, ale tylko tych, którzy stali się nimi z wyboru. Argument, że jedzenie mięsa jest grzechem, wydaje mi się idiotyczny. Jestem zupełnie normalnym człowiekiem. Wyznawcy New Age dążą do głębokiego oczyszczenia – cielesnego i duchowego, ograniczają kontakty z innymi ludźmi. Mnie jest to zupełnie obce.

Niemniej jednak w swoich książkach opisuje pan nowy typ doświadczenia duchowego. To nie jest po prostu realizm magiczny, z którym zwykliśmy kojarzyć pisarstwo Ameryki Południowej.

P.C.: Nowy punkt widzenia to niekoniecznie punkt widzenia Nowej Ery.

W.E.: Ja z kolei dodałbym, że on wcale nie jest nowy. To bardzo stary punkt widzenia. Jest bowiem tylko jedno doświadczenie duchowe, które można nazwać uniwersalnym. Paulo Coelho świetnie je opisuje i dlatego jego książki są kupowane na całym świecie przez wyznawców najróżniejszych religii. Nieważna jest tradycja, z którą owo doświadczenie się styka, tak jak nieważne są dekoracje czy metafory. O czym ludzie najchętniej czytają? Oczywiście o sobie.

Chcą powiedzieć: właśnie znalazłem to, co od dawna przeczuwałem, ale nie potrafiłem ubrać w słowa…

P.C.: Dokładnie! Teraz wy powiedzieliście to, o czym sobie myślałem. Niczego nie tworzę, ani nie odkrywam. Jestem tylko tłumaczem. Tłumaczem doświadczenia.

W pana tłumaczeniu znalazłam mnóstwo cytatów z Biblii i innych świętych ksiąg.

P.C.: Myślę, że te cytaty pomagają czytelnikowi w skupieniu, wprowadzają go w kontemplacyjny nastrój. Słowa, które przytaczam, pochodzą z różnych miejsc, ale prowadzą do jednego.

W.E.: Jeśli uwierzymy, że wszystkie święte księgi pochodzą ze wspólnego doświadczenia duchowego, to nie powinniśmy mieć oporów przed wczytywaniem się w to, co one nam mówią. To tak jak wyciągnięte w kierunku Księżyca palce jednej ręki – każdy z nich jest inny, ale przecież wskazują na to samo. To chyba dobra metafora.

A czy istnieje jakaś trafna metafora charakteryzująca stan ducha ludzi pod koniec XX wieku?

P.C.: Moim zdaniem najlepsze będzie porównanie obecnej sytuacji do bycia na skrzyżowaniu albo rozdrożu. Jest tyle możliwości, tyle dróg. Ciągle powstają nowe, których wcześniejsze pokolenia nie znały.

W.E.: Stajemy się coraz bardziej świadomi. Informacyjna rewolucja mocno pobudziła nas do refleksji nad światem, który nagle stał się taki mały. Istnieje niebezpieczeństwo, że wielu ludzi, mając wszystko za monitorem komputera, po prostu zamknie się w sobie.

P.C: Elektroniczne drogi prowadzą przez cały świat – nigdy wcześniej nie mogło być mowy o takiej globalizacji. Niestety brakuje nam przewodników. Jest w nas coraz mniej wiary i ufności. Pozostaje mieć nadzieję, że mimo wszystko się nie zgubimy.

Rozmawiała Maja Wolny

Lipiec 1, 2008

Wywiad Stephana Capena

Filed under: Paulo Coelho - wywiady — zakonram @ 9:40 am
Tags: , ,

(Wywiad z roku 1995) Paulo Coelho: Hmm… Pierwszy raz byłem w San Francisco na początku lat siedemdziesiątych. Przemierzałem wtedy Amerykę jako hippis. Cóż, zacząłem tę podróż z dwustoma dolarami w kieszeni, skończyłem w Mexico City z połową tej kwoty i było to fantastyczne doświadczenie, bo nie umiałem wtedy w ogóle mówić po angielsku. Przemierzyć cały kraj pomogła mi solidarność, panująca wtedy pomiędzy młodymi ludźmi.

– Tak więc, kiedy zaczął pan pisać, i co było tego przyczyną?

Cóż, moim marzeniem zawsze było zostać pisarzem, ale kiedy pewnego razu powiedziałem o tym mojej matce, odrzekła: „Oczywiście, że możesz pisać książki, tylko najpierw skończ szkołę prawniczą, zostań prawnikiem, i wtedy (mówiła śmiejąc się) będziesz mógł pisać w wolnym czasie”. I tak właśnie zrobiłem, bo czasami człowiek czuje się bardzo niepewny co do swojej przyszłości. Kiedy jednak narodził się ruch hippisowski, dało mi to siłę by rzucić wszystko, zostawić szkołę i zacząć realizować moje marzenie. Pierwszą książkę napisałem jednak dopiero w roku 1986, była to „Pielgrzymka” (The Pilgrimage). Przedtem pisywałem dla telewizji, gazet, a nawet teksty dla bardzo popularnych w Brazylii piosenek rockowych. Ale tę pierwszą książkę napisałem mając prawie 38 lat. Teraz mam 48. [wywiad z roku 1995]

– Co motywuje pana do pisania? Co pana inspiruje? Do czego pan zmierza w swojej twórczości?

W pewnym sensie, próbuję podzielić się z moimi czytelnikami własnymi wewnętrznymi poszukiwaniami. To jest moja duchowa wędrówka. Nie zamierzam niczego uczyć, nie zamierzam wyjaśniać niczego o wszechświecie, nie wierzę zresztą w takie wytłumaczenia. Mam jednak coś, czym mogę się podzielić – to, jak ja doświadczam tej dziwnej i czasami bardzo zwodniczej ścieżki. Jest to obecne we wszystkich moich książkach – w „Pielgrzymce” np. jest to moja podróż do Santiago del Compostella. Szedłem z Francji do Hiszpanii 56 dni, i właśnię moją podróż tą starą, uświęconą drogą opisuję w książce.

„Alchemik” to bajka o potrzebie podążania za własnymi marzeniami. W „Valkiriach” (The Valkyries) dzielę się przeżyciami z 40-dniowego pobytu wraz z moją żoną na pustyni Mojave. Co mnie najbardziej zaskoczyło to to, że książka ta odniosła światowy sukces – w sumie wszystkich sprzedałem ponad 10 milionów egzemplarzy, choć część nie została jeszcze nawet przetłumaczona na język angielski. Doszedłem więc do wniosku, że nie jestem sam, że jest wielu ludzi, których to samo absorbuje, którzy mają takie same pomysły, ideały i tę samą potrzebę poszukiwania sensu życia.

– Czy uważa pan, że w świecie, w którym żyjemy, istnieje jakiś rodzaj nadrzędnej, duchowej więzi?

Myslę, że stajemy się coraz bardziej świadomi wagi duchowości, poprzez przykładanie większej uwagi do własnego wnętrza, do tej więzi, która każdego pojedynczego dnia łączy nas z duszą świata. Mamy do dyspozycji język omenów, język znaków. Ten alfabet jest przeznaczony dla nas. Jeżeli nie będziemy bali się popełniać błędów, jeśli będziemy odbierać znaki jako ostrzeżenia, jako pomoc do przeżycia tego konkretnego dnia, coraz bardziej i bardziej bedziemy się zagłębiać w duszę świata. Nie po to, by odnaleźć sens życia, bo wierzę w tajemnice i wierzę, że istnieje tajemnica, której rozwiązanie sięga poza nasze zrozumienie. Ale choćby po to, by dowiedzieć się, że jest tu dla nas coś do zrobienia i że powinniśmy to zrobić.

– Istnieje więc inny świat, do którego ludzie naprawdę powinni przywiązywać wagę, inny niż ten przyziemny, który mamy przed oczyma: zbyt wiele pracy, zby wiele odpowiedzialności, zbyt wiele komplikacji w życiu wielu z nas. Ale, czy przyszło panu kiedyś do głowy… Chodzi mi o to, że pański „Alchemik” jest niewiarygodnie popularny na całym świecie. Czy przyszło więc panu kiedyś do głowy, że gdyby każdy zaczął do tego innego świata przywiązywać wagę, rozpadły by się rodziny, a ludzie potraciliby pracę by szukać odpowiedzi na tego rodzaju pytania?

Tak. Straciliby pracę, pojawiłyby się przed nimi problemy, ale taki jest jedyny wybór jeśli chce się płacić cenę za marzenia. Z drugiej strony, nie rozdzielałbym od siebie świata przyziemnego i duchowego. Alchemia jest sztuką realizowania w tych światach wszystkich naszych duchowych poszukiwań, i dlatego łączyłbym je raczej niż separował. To, czego oczekuję, to żebyśmy byli wystarczająco odważni, by porzucić pracę i złamać pewne schematy, a wtedy, po przezwyciężeniu trudności, zrozumieny, że jest w tym sens, i że wszechświat działa, by zebrać wszystkie kawałki tej układanki w jedność poprzez dawanie nam wskazówek, jak realizować własne przeznaczenie. Nie należy jednak oczekiwać, że to będzie bardzo łatwa droga. Podobnie jednak przeszkody tkwią także na drodze tego, który nie idzie za głosem własnych marzeń. Cena za kurtkę, która ci pasuje, jest taka sama, jak za tę, która jest okropna i ci nie pasuje, jak i za tę, która okazuje się być za duża. By wszelkie trudy miały sens, musimy być przygotowani, że marzenia mają swoją cenę. Z drugiej jednak strony, jeśli nie realizujesz własnych marzeń, trudność jest tylko trudnością, przeszkodą, i nie niesie ze sobą żadnego sensu.

– Niewiele jest już chyba osób, które nie czytały „Alchemika”, niemniej żeby nie zdradzać zakończenia – bohater tej powieści odbywa swą duchową podróż. Wyposażył pan swoją książkę w świetny dowcip i humor, jak i wezwanie do odwagi na tej drodze – ale na końcu jest zabawny zwrot akcji, który rozwiązuje całą historię. Nie wiem, czy uda nam się to przedyskutować bez wyjawiania szczegółów. Ale pański bohater musi stawić czoła tylu trudnościom, pokonać tyle przeszkód i spełnić tyle wymagań, by skończyć w miejscu, w którym zapewne skończyć się nie spodziewał.

Dokładnie! Jednak, nawet jeśli wszystko czego potrzebujesz jest blisko ciebie, musisz wysilić się, by to zdobyć, bo droga na skróty nie istnieje. Ja również nie chciałbym wyjawiać końcówki, bo jest ona bardzo ciekawa, w każdym razie ten pasterz – a każdy z nas jest takim pasterzem – musi porzucić rzeczy, do których jest przyzwyczajony i, poprzez podróż, odkrywa nowego siebie. Poznaje własne zdolności i możliwości i w ten sposób ucieka przed rutyną. Nie twierdzę, że nie można odkryć wszechświata poprzez powiedzmy codzienne powtarzanie tej samej pracy – można. Ale można też oślepnąć, widząc każdy dzień podobny do poprzedniego. Każdy dzień jest inny, każdy przynosi cud samego siebie. To tylko kwestia zauważenia tego. Jeśli to nam się uda, uda się też odkryć wskazówki do poznania własnego przeznaczenia, nawet jeśli będziemy codziennie wykonywać najnudniejszą z prac.

– Czy pańska nowa książka, „Valkirie” (The Valkyries), jest w jakiś sposób cd. „Alchemika”?

Nie. „Valkirie” i „Pielgrzymka” są książkami opartymi na faktach. Ich treść ma związek z zadaniami, które sam sobie stawiam w poszukiwaniu własnej drogi, i próbuję je wypełniać. Próbuję też unikać niebezpieczeństwa przyzwyczajenia się do tego, co mnie otacza. „Valkirie” mówią właśnie o jednym z takich zadań. Pojechałem z moją żoną na pustynię Mojave w 1988, by osiągnąć kontakt duchowy z aniołami. Czasem nie udaje nam się być tak dobrymi, jak powinniśmy, ale to nie może zawrócić nas z drogi ciągłych poszukiwań. Musimy zaakceptować siebie takimi, jacy jesteśmy, i zamiast się martwić, dążyć do doskonałości, pracować nad tym. Jest we mnie wiele rzeczy, które trzeba by nazwać niebyt poprawnymi politycznie, ale nie wstydzę się podążać tą ścieżką i wiem, że w jakiś sposób, Bóg rozumie to, co robię. To dla mnie bardzo ważne. Musimy zawsze mieć na uwadze to, że ktoś nas obserwuje. Nawet jeśli nie rozumiemy do końca tego, co robimy, ma to swoje znaczenie.

– Bezpiecznie jest powiedzieć, że być może tylko Bóg rozumie nasze poczynania i ścieżkę, która dla nas ma sens.

Tak. Nawet, jeśli my nie rozumiemy, że On rozumie! (śmiech) , że zwraca na nas uwagę. Ale to On sprawuje władzę nad duszą świata. Kiedy jest On, wszystko zaczyna nabierać sensu. Nie należy więc wstydzić się modlitwy i prośby o pomoc do niebios. Czasem próbujemy zachowywać się bardzo dorosło, i nie pamiętamy, że Jezus Chrystus powiedział przecież: królestwo niebieskie należy do dzieci. Musimy więc odnaleźć w sobie dziecko, by móc czuć się zaskoczonymi doświadczeniem zwykłego dnia, zachodu słońca, nocą, księżycem. Będąc dziećmi, możemy doświadczyć prawdy o życiu.

– Czy ma pan ulubioną część „Alchemiku”? Czy jest jakiś rozdział czy fragment, który najwięcej dla pana znaczy?

Tak, był taki moment kiedy „Alchemika”, kiedy myślałem, że wpadłem w pisarską pułapkę, bo na dobrą sprawę napisałem tę książkę w piętnaście dni. To jednak nie było piętnaście dni, lecz trzydzieści dziewięć lat i piętnaście dni. Był taki fragment, gdy chłopiec musi przemienić się w wiatr, i kiedy do tamtąd doszedłem, nie wiedziałem jak zakończyć tę część książki. Ale  książka napisała się sama. To nie jest może moja ulubiona część, ale pamiętam ten dzień tak wyraźnie jakby to było dzisiaj – najtrudniejszy moment w pisaniu, i że wszechświat zadziałał tajemnie, by móc mi pomóc.

– Chciałby pan teraz przeczytać ten fragment z książki?

Dobrze. Jest to ten moment, gdy chłopiec dotarł do celu i musi przemienić się w wiatr. Cała powieść jest bardzo realistyczna, poza tym właśnie momentem. Próbuje zjednoczyć się z naturą. Przeczytam dalszy ciąg:

Chłopiec spojrzał na horyzont. W dali dostrzegł góry, wydmy, skały i rośliny, które uparły się, by żyć tam, gdzie życie wydawało się niemożliwe. To była pustynia, po której wędrowal tyle miesięcy. Mimo tak długiego czasu, znał tylko małą jej część. Poza tą małą częścią, poznał Anglika, karawany, wojny między plemionami i oazę z pięćdziesięcioma tysiącami palm i trzystoma studniami.

„Czego chcesz tu dzisiaj?”, zapytała pustynia. „Czyż nie patrzyłeś na mnie wystarczająco długo wczoraj?”

„Trzymasz w sobie osobę, którą kocham”, powiedział chłopiec. „Kiedy wpatruję się w twoje piaski, szukam również jej. Chcę do niej powrócić, i potrzebuję twojej pomocy do zamienienia się w wiatr.”

„Czym jest miłość?”, zapytała pustynia.

A chłopiec odrzedł: „Miłość jest lotem sokoła nad twoimi piaskami. Bo dla niego, jesteś zieloną łąką, znad której zawsze powraca ze zdobyczą. Zna twoje skały, twoje wydmy i twoje góry, i dla niego jesteś hojna.”

„W swoim dziobie sokół niesie cząstkę mnie”, powiedziała pustynia. „Przez lata troszczę się o jego zdobycz, o tę odrobinę wody którą mam, a potem pokazuję mu gdzie jest zdobycz. Aż pewnego dnia, gdy cieszę się obserwując, jak jego łup rozwija się na mojej powierzchni, sokół spada z nia i zabiera to, co ja stworzyłam.”

„Ale właśnie dlatego stworzyłaś tę zdobycz”, odpowiedział chłopak. „By pożywić sokoła. A sokół żywi człowieka. A w ostateczności, człowiek będzie żywił twoje piaski, z których ponownie zrodzi się zdobycz dla sokoła. Taka jest kolej rzeczy tego świata.”

„Więc to jest miłość?”

„Tak, to jest właśnie miłość. Przeistoczenie się zdobyczy w sokoła, sokoła w człowieka i człowieka w pustynię, gdy przyjdzie na to jego kolej. To ona zamienia ołów w złoto, i zwraca złoto ziemi.”

„Nie rozumiem, o czym mówisz”, powiedziała pustynia.

„Ale możesz zrozumieć, że gdzieś w twych piaskach jest kobieta, która na mnie czeka. I dlatego muszę przemienić się w wiatr”.

źródło: http://www.worldmind.com

Wywiad z Paulo Coelho

Filed under: Paulo Coelho - wywiady — zakonram @ 9:31 am
Tags: ,

Zanim stał się jednym z najpopularniejszych i najbogatszych pisarzy świata, był studentem prawa. obieżyświatem, autorem tekstów piosenek i kompozytorem muzyki pop. Pracował w wytwórniach płytowych CBS i Polygram oraz prowadził własne wydawnictwo książkowe. Współczesna baśń dla dorosłych „Alchemik”, jego największy bestseller, prześcignęła w popularności „Małego Księcia” Saint-Exupery’ego i czeka teraz na swoją kolej w hollywoodzkiej wytwórni filmowej Warner Brothers. Prawa do sfilmowania kolejnego bestsellera Coelho ,,Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam” kupiła w ubiegłym roku Isabelle Adjani. Paulo Coelho mieszka w swym rodzinnym mieście Rio de Janeiro. Większość czasu spędza na podróżach. W grudniu przyjedzie do Warszawy, aby promować swoją nową książkę „Piąta góra”. Po ,,Alchemiku” i ,.Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam” będzie to trzecia powieść Coelho, która ukaże się w Polsce.

Izabela Filipiak: Osiągnął Pan w krótkim czasie ogromny sukces i stał się człowiekiem bardzo bogatym. A to dlatego, ze trafił Pan na swoją Osobistą Legendę, nauczył się Pan rozumieć wróżby i znaki, słuchać własnego serca…

Paulo Coelho: Właśnie tak.

I.F. Na co powinny zwracać uwagę osoby, które postanowiły pójść za Pańskim przykładem?
P.C. Najpierw musimy odnaleźć własne przeznaczenie. Ono jest Osobistą Legendą każdego i każdej z nas. 0 tym mówi „Alchemik”. Oczywiście. nim znajdziemy naszą Osobistą Legendę, napotkamy wiele przeciwności. o których nie będziemy wiedzieli, czy mają znaczenie. czy nie. Ale jeśli pozostajemy wierni naszym marzeniom, jeśli robimy rzeczy, które budzą nasz entuzjazm, na końcu okaże się, że wszystko miało sens.

I.F. Co powie Pan o ludziach, którzy słuchają głosu serca, czytają znaki, słuchaj wróżb, a mimo to są biedni i nie odnoszą sukcesu?

P.C. Czy naprawdę spotkała Pani takich ludzi?

I.F. Tak wielu.

P.C. Mogę tylko powtórzyć, ze najważniejszy jest entuzjazm. Spotkałem biednych ludzi, którzy są smutni i całkowicie zagubieni. ale spotkałem tez smutnych i zagubionych ludzi bogatych. Pieniądze me maja tu żadnego znaczenia.

I.F. W „Alchemiku” powiada Pan, że swoją Osobistą Legendę znajduje się tylko raz. A gdy się na nią trafi, wszystko staje się proste i piękne.

P.C. Każdy z nas ma jedną drogę, ale znajduje ją i traci wiele razy w życiu. W takim wypadku jedyne, co możemy zrobić. to nie zapominać. Jeśli chodzi o mnie, w pewnym momencie zabiłem moją Osobistą Legendę. A potem zrobiłem to jeszcze wiele razy. Dlaczego? Dlatego, że Osobista Legenda oznacza wyzwanie, któremu nie zawsze gotowi jesteśmy wyjść naprzeciw. W czasach hipisowskich pisałem piosenki. które zostały uznane za wywrotowe. Miałem 26 lat i już trzy razy siedziałem w wiezieniu. Za trzecim razem pomyślałem: „Wystarczy, nie zniosę tego dłużej, poddaje się. To, co chce robić, nie jest takie ważne, będę żyć poprawnie, tak, jak się tego ode mnie oczekuje”. Byt to rok 1974. Wtedy opuściłem moje przeznaczenie i pogodziłem się z tym, że nie zostanę pisarzem. Zacząłem pracować dla firmy płytowej. Ale moje marzenie przechowałem głęboko w sercu i kiedy w 1982 roku zwolniono mnie z pracy pomyślałem: „Życie daje mi kolejna szanse, a ja jej potrzebuję”. Wtedy wróciłem do marzenia, żeby pisać. To wydawało się mało rozsądne, gdyż niewielu ludzi na świecie mówi po portugalsku, a Brazylia leży daleko od tak zwanego kulturalnego centrum świata. Ja jednak miałem jeden atut: byłem wytrwały. Nie ustawałem w pracy i moje książki zaczęły się sprzedawać.

I.F. Czy Pana życie stało się proste i piękne?

P.C. Jestem właśnie w trakcie promocyjnego tournee związanego z ukazaniem się mojej nowej książki. „Piąta góra” to historia biblijnego proroka Eliasza, który napotkał wiele przeszkód, zanim wypełnił swoje przeznaczenie. Mam przed sobą kilka wyczerpujących miesięcy Ale nawet jeśli wstaję wcześnie i ciężko pracuję, czynię to z entuzjazmem. A zatem fakt, ze znaleźliśmy nasza Osobistą Legendę, nie oznacza, że nie musimy potem o nią walczyć.

I.F. Powieść „Alchemik” została zadedykowana ,,J. , który zna i wykorzystuje tajniki Wielkiego Dzieła”. Kim jest Pański alchemik?

P.C. Jean jest Francuzem, mieszka w Amsterdamie i zarządza potężnym międzynarodowym koncernem… Nie mogę powiedzieć o nim nie więcej, bo co prawda nigdy mi tego me zabronił, ale tez mnie nie zachęcał. Jest kimś w rodzaju mojego mistrza. Przez lata uczyłem się od niego symbolicznego języka i tajników duchowej alchemii. Byt to dla mnie dalszy ciąg duchowego poszukiwania, które zaczęło się w latach 60. , kiedy byłem hipisem, podróżowałem po świecie i próbowałem wszystkiego – różnych religii, narkotyków, różnych rodzajów seksu… To Jean poradził mi, abym udał się na pielgrzymkę śladem świętego Jakuba z Compostelli. Po tym doświadczeniu w naturalny sposób powróciłem do katolicyzmu. To było osobiste religijne przebudzenie, do którego doszło we właściwym czasie.

I.F. W 1988 roku wybrał się Pan w „kobieca drogę” do Lourdes…

P.C. Myślę, że doświadczyłem wtedy kobiecego oblicza Boga, dopuszczającego łaskę miłości, przedstawiającego Boga jako Matkę. Tam właśnie rozgrywa się akcja ,,Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam”. Próbowałem w tej książce przyjrzeć się kobiecemu aspektowi mojej psychiki, temu, który pomógł mi ogromnie podczas pisania, gdy trzeba było posłużyć się intuicją. Osobiście wierzę, że świat staje się coraz bardziej kobiecy i my, mężczyźni, musimy to zaakceptować.

I.F. Z pewnością wiele uczy się Pan od kobiet…

P.C. Uczę się od innych. Uczę się od życia. Ożeniłem się, kiedy miałem 20 lat, z kobietą o 15 lat ode mnie starszą. Ona nauczyła mnie wszystkiego, co było mi potrzebne w tym czasie. Moja druga żona była hipiską. Razem podróżowaliśmy. Z trzecią starałem się wieść przyzwoite życie ludzi z klasy średniej. 18 lat temu podjąłem ostatnią probę. Ja jestem trochę narwany, ale Christiana to uosobienie łagodności – nic Jej nie wytrąca z równowagi. Ma swój własny świat, jest malarką. Mam nadzieję, że będzie to trwało następnych 18 lat. A potem zobaczymy…

I.F. Bohater ,,Na brzegu rzeki Piedry..” jest charyzmatykiem i ma dar czynienia cudów. Czy sądzi Pan, że kontakt z kobiecą energią może sprawić, że niemożliwe staje się możliwe?

P.C. Tak. Wierzę też, ze każdy ma charyzmę. Może to być umiejętność leczenia lub jakiś inny dar, ważne jest, żeby go odkryć, a następnie zaakceptować i rozwijać. Nie zgadzam się z takimi pomysłami, ze pewni ludzie mają uważać się za wybranych dlatego, że postępują zgodnie z jakimś rytuałem – nie palą papierosów, nie jedzą mięsa. Wierzę, że Bóg jest demokrata i wnosi mądrość i miłość pomiędzy zwykłych ludzi. Każda ludzka istota ma w sobie iskrę boskiego życia, którą należy odnaleźć. Kiedy odkrywamy w sobie tę iskrę, ona zaczyna płonąć. Od chwili, gdy zaakceptujemy naszą charyzmę, potrzebujemy dyscypliny, żeby ją praktykować. Nie chodzi o to, by Zaczynać przewodzić czy nauczać – Tacy przywódcy są zwykle niebezpieczni. Powinniśmy raczej otworzyć się na cud codziennego życia.

I.F. A jednak w „Na brzegu rzeki Piedry..” bohaterowie stają przed takim wyborem – albo charyzma, powołanie, albo dostatnie, względnie szczęśliwe i nudne życie klasy średniej.

P.C. Nie wierzę w szczęśliwe życie klasy średniej. Wybieramy je, gdy boimy się zapłacić cenę za nasze marzenia. Większość ludzi wybiera tak zwane normalne życie nie dlatego, że czują się wtedy szczęśliwi, ale dlatego, że sadzą, iż nic innego nie jest możliwe.

I.F. Czy uważa Pan, ze cuda zdarzają się każdemu?

P.C. Każdemu i wszędzie.

Rozmawiała – Izabela Filipiak

Blog na WordPress.com.