Zakon RAM – mądrość, filozofia, literatura

Lipiec 23, 2008

DROGĘ DYKTUJĄ SNY

Filed under: Paulo Coelho - wywiady — zakonram @ 8:09 pm
Tags: , , , , , , , ,

Zło jest zbyt pociągające. Kiedyś napisałem o nim całą książkę. Żona czytała ją w miarę pisania. Kiedy doszedłem do czterechsetnej strony, powiedziała: „Nie. Nie możesz tego wydrukować”. Zapytałem: „Dlaczego. Przecież wszystko źle się skończy”. Ale ona się upierała: „Mimo to książka będzie fascynująca. Będzie ludzi wciągać”. I zniszczyłem ją.

Akcja Pana najnowszej książki „Weronika postanawia umrzeć” toczy się w szpitalu psychiatrycznym. Rodzice zamknęli Pana w szpitalu, gdy miał Pan osiemnaście lat. Jacy byli?
* Ojciec, który już nie żyje, był inżynierem, matka zajmowała się domem. Normalna rodzina klasy średniej. Ojciec chciał, żebym poszedł w jego ślady, ja chciałem zostać artystą. Doszło do zderzenia naszych marzeń i wybuchu.
W szpitalu byłem trzy razy. Najpierw dwadzieścia dni, potem kolejno po dwa miesiące. Za pierwszym razem powiedzieli mi, że idę na badania. Na miejscu jednak pielęgniarka pokazała mi mój pokój. Powiedziała, że mam jakieś dziwne pomysły i muszę zostać. Uciekłem ze szpitala, ale złapano mnie i wsadzono po raz drugi już siłą. O ile na początku byłem bardzo nieśmiały, siedziałem w domu i czytałem książki, to po wyjściu pomyślałem: „Zrobiliście ze mnie głupiego, dobrze, to ja taki będę”. Do późnej nocy siedziałem na ulicy, piłem piwo, z kumplami urządzaliśmy wyścigi samochodowe. Obudziła się we mnie chęć rewolty, walczyłem o swoją przestrzeń. Znów wsadzono mnie siłą do szpitala.

Prawo w Brazylii pozwala na takie rzeczy?
* To prawo zostało zmienione dopiero w ubiegłym roku, po ukazaniu się „Weroniki…”, mimo że od dziesięciu lat dyskutowano o tym w Kongresie. Wiem, że moja książka miała na to wpływ i bardzo mnie to cieszy.
Wcześniej wystarczyła opinia lekarza, np. lekarza domowego, żeby kogoś oddać do zakładu. Lekarz mógł być przekupiony. To prawo dotyczyło także małżeństw – jedno z małżonków mogło się nim posłużyć, chcąc doprowadzić do rozwodu. Zawsze można było powiedzieć, że czyjeś zachowanie zagraża otoczeniu. Teraz w każdej sprawie musi wypowiedzieć się biegły, lekarz państwowy.

Pana książka nie opisuje horroru rodem z „Lotu nad kukułczym gniazdem”. Czy pobyt w szpitalu nie był dla Pana straszny?
* Nie. O wiele gorsze były moje późniejsze pobyty w więzieniu. Szpital nie był strasznym przeżyciem, bo kryła się za nim miłość moich rodziców. Oni nie robili tego z nienawiści. Walczyłem z nimi, buntowałem się, ale nie czułem się ofiarą. Za trzecim razem powiedzieli: „No dobrze, jesteś wariatem, ale będziemy się tobą opiekować w domu”.

A jak Pan znalazł się w więzieniu?
* W więzieniu byłem również trzy razy. Za pierwszym razem, w 1969 roku, przez pomyłkę wzięto mnie za terrorystę.
W maju 1974 roku wsadzono mnie dwa razy i wtedy już chodziło o mnie. Pisałem teksty piosenek o społeczeństwie alternatywnym. Ponieważ moim krajem rządzili wojskowi, interpretowali wszystko bardzo prosto – dla nich była to działalność wywrotowa. O ile w szpitalu czułem, że za moją złą sytuacją stoi miłość rodziców, którzy po prostu wybrali złe środki, w więzieniu czułem nienawiść.

Torturowano Pana?
* Tak. Do więzienia wtrąciły mnie grupy paramilitarne – rząd popierał ich represje, ale oficjalnie się do tego nie przyznawał.
Stosowano różne tortury. Zamknięto mnie nago w ciemnej maleńkiej celi, gdzie było potwornie zimno i włączono syrenę. W takich warunkach nie trzeba człowieka dotykać – i tak wariuje. Ta tortura nazywała się „lodówka”.
To była okrutna faza mojego życia.
Myślę, że nigdy o tym nie napiszę. Doświadczenie nienawiści jest czymś bardzo negatywnym, nikomu w niczym nie pomoże.

Nie chce Pan opisywać zła? Kiedyś związany był Pan z sektą satanistyczną.
* To nie był dokładnie satanizm. Bardzo interesowałem się wtedy magią. To, w co wszedłem, było brakiem etyki w poszukiwaniach duchowych.

Czym się przejawiało?
* Nie chcę odpowiedzieć konkretnie, bo zło jest zbyt pociągające. Kiedyś napisałem na ten temat całą książkę. Moja żona czytała ją w miarę mojego pisania. Kiedy doszedłem do czterechsetnej strony, powiedziała: „Nie. Nie możesz tego wydrukować”. Zapytałem: „Dlaczego. Przecież wszystko źle się skończy, koniec będzie tragiczny”. Ale ona się upierała: „Mimo to książka będzie fascynująca. Będzie ludzi wciągać”. I zniszczyłem ją.
Byliśmy w tej sekcie razem z moim przyjacielem, gwiazdą brazylijskiego rocka – Raulem Seixasem. On już nie żyje, przedawkował narkotyki.

Czy po tych doświadczeniach doszedł Pan do jakichś wniosków o naturze zła?
* To temat mojej następnej książki. Do małego miasteczka przybywa obcy i proponuje, żeby zło uczynić bezkarnym. Jak zareagują ludzie? Jak zachowają się nasze instynkty – skłonność do zemsty, do sadyzmu…
W człowieku jest i dobro, i zło. Bez względu na to, czy uznamy, że zło jest w nas, czy też że jest na zewnątrz, jesteśmy za nie odpowiedzialni. My je kontrolujemy. Dziecko nie ma pojęcia, co jest dobre, co złe, dlatego jest zdolne do okrucieństw.

Czy podobnie jak tytułowa bohaterka „Weroniki…” myślał Pan kiedyś o samobójstwie?
* Nie. Nigdy.

Czy „Weronika…” to rozrachunek z tamtym okresem? Co Pan wtedy zrozumiał?
* To raczej próba zrozumienia przeszłości, która jest zawsze zamknięta. Coś się zdarza, zostawia w nas rany, z którymi zostajemy na zawsze. Dzięki pobytowi w szpitalu zrozumiałem, że każdy jest inny, a żyjąc w społeczeństwie, musimy umieć akceptować te różnice. Zrozumiałem to stosunkowo wcześnie. Jednak impulsem do napisania książki były doświadczenia wyniesione z wielu podróży, podczas których widziałem bardzo samotnych ludzi.

W książce występuje Pan przez chwilę jako bohater, pod własnym nazwiskiem. Dlaczego?
* Wydawcy byli temu przeciwni. Ale ja upierałem się, myślałem, że jeśli umieszczę siebie, książka będzie miała inny ciężar gatunkowy. Ja tam tylko wchodzę i wychodzę, pojawiam się po to, żeby powiedzieć, że przeżyłem to samo.

Ale główną bohaterką jest kobieta.
* Jej przypadek nie ma ze mną nic wspólnego, tak jak opisywany syndrom paniki czy depresja. Żeby to dobrze przeanalizować, musiałem się zdystansować.

Często powtarza Pan, że odkrył w sobie kobiecą część duszy. Co to znaczy?
* Od 1982 roku należę do grupy zajmującej się studiami nad językiem symbolicznym w Kościele katolickim. To luźna grupa, nie jakieś ścisłe zgromadzenie. Nie chodzi nam o rozważania teoretyczne, tylko o przeżycie.
W 1989 roku odbyłem dwie pielgrzymki. Pierwszą z granicy francusko-hiszpańskiej do Santiago. Druga pielgrzymka była zupełnie inna. Mimo że nazywa się ona „Droga do Rzymu”, nie wymaga fizycznego przemieszczania się. Nie ruszałem się w ogóle z Lourdes, które sobie wybrałem. W tej pielgrzymce chodzi o zgłębianie języka symboli za pomocą intuicji. Polega to na tym, że wprowadza się w życie nasze sny: jednego dnia śnimy, następnego musimy robić to, co nam się śniło. Kierujemy się tylko swoimi intuicjami i snami. Co się wtedy dzieje, trudno jest wytłumaczyć.
Pierwszą pielgrzymkę nazwałbym „męską” – to przestrzeń, którą musimy pokonać, linearność, człowiek kieruje się w niej dyscypliną. Podczas drugiej walczy się z czasem – należy spędzić w określonym miejscu 70 dni. Drogę dyktują sny. To właśnie wtedy odkryłem kobiecą stronę mojej duszy. Udało mi się to zaakceptować dopiero w 1994 roku – napisałem wtedy książkę „Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam…”.

Dlaczego odkrył Pan w sobie kobiecość tak późno?
* Bo jestem głupi, powinienem zrobić to wcześniej. Teraz widzę życie w sposób o wiele pełniejszy.

Czy Pana książki się zmieniły?
* Nie. Myślę, że tworzenie zawsze jest żeńskie. Każdy mężczyzna tworząc używa swojej kobiecej strony, nawet jeśli robi to nieświadomie.

Miał Pan cztery żony. Czego się Pan nauczył od kobiet?
* Wszystkiego. Wydaje mi się, że w związku, w którym jest uczucie, zawsze się człowiek uczy. Kiedy się kocha, wszystko jest bardziej intensywne.
Moja pierwsza żona była ode mnie o jedenaście lat starsza – nauczyłem się od niej prowadzić samochód, nauczyłem się angielskiego… Ale tak naprawdę nie tego człowiek uczy się od kobiety. Najważniejsze jest inne widzenie świata.
Od dwudziestu jeden lat jestem z Christiną, ale moja żona dzisiaj nie jest tą sprzed dwudziestu lat. Ciągle się zmieniamy, byłem jakby z ośmioma Christinami. Czuję, jakbym osiem razy wchodził w nowy związek. Ja też jestem ósmym Paulem, bo zmieniam się w procesie walki o moje sny, moje marzenia.

Czy poprzednie trzy małżeństwa traktuje Pan jako klęski?
* Nie. To były poszukiwania. Rozstawaliśmy się, bo kończyła się nasza miłość.

Dziś mówi się o kryzysie małżeństwa.
* Bo trzeba zrozumieć, że małżeństwo to nie jest związek stały – podlega zmianom, ciągle trzeba się adaptować do nowej sytuacji. Małżeństwo kończy się klęską, jeśli po ślubie wychodzi się z kościoła i uważa, że już zawsze będzie tak jak tego dnia. Trzeba od razu pojąć, że to proces.
Ale wszystko oczywiście opiera się na miłości.

Czy wierność też ma podlegać przemianom?
* To jest bardzo osobista sprawa. Każdy inaczej do tego podchodzi. Mam swoją opinię, ale zachowam ją dla siebie.

Pana czytelniczki to głównie kobiety.
* Dawniej tak było, ale to się zmienia. Kobiety są bardziej otwarte na to, co nowe, ale mężczyźni coraz bardziej się feminizują. Na spotkaniach z czytelnikami 40 procent stanowią teraz mężczyźni, dawniej było ich jakieś 20 procent.

Mimo wielu złych doświadczeń Pana książki są optymistyczne.
* Nie myślę o sobie jak o ofierze. Mówiliśmy tu tylko o bolesnych doświadczeniach. Nie mówiliśmy o pozytywnych. Na przykład o tym, że kiedy uciekłem ze szpitala psychiatrycznego, narzeczona dała mi oparcie. Gdybym miał podsumować moje życie, to pozytywnych doświadczeń jest bardzo dużo, tyle że negatywne są bardzo intensywne.
Udaje mi się walczyć o swoje marzenia. To jest pozytywne.

Namawia Pan w swoich książkach do podążania za marzeniami. W „Alchemiku” nazywa się je Własną Legendą. Czy wystarczy oprzeć się na sobie? Głupcy i źli ludzie też mają marzenia.
* W podążaniu własną drogą potrzebna jest etyka – nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe. Granicą naszych marzeń musi być wpływanie na życie innych. Nie możemy im zagrażać. Rodzice nie powinni marzyć za swoje dzieci.

Co według Pana ogranicza naszą samorealizację?
* Marzenia wydają nam się albo niemożliwe do spełnienia – wtedy nie próbujemy działać, albo zbyt łatwe – wtedy boimy się, że kiedy zaczniemy je realizować, to zmienimy kierunek, sens naszego życia. Boimy się albo klęski, albo zmiany, nawet jeśli marzymy o niej.

Czym zajmuje się fundacja, do której wpływa część zysków z Pana książek?
* Głównie biednymi dziećmi, przeznaczamy dla nich 300 tys. dolarów rocznie. Zorganizowaliśmy im miejsca, gdzie od godz. 8 do 18 mogą zajmować się plastyką, Internetem… Teraz mamy pod opieką 280 dzieci, do końca roku ma ich być 400. Poza tym – w mniejszym zakresie – finansujemy stypendia dla osób zajmujących się historią Brazylii, tłumaczenia nieżyjących klasyków literatury brazylijskiej, pomagamy starszym ludziom.
Przez niecały rok prowadziłem jeszcze jeden rodzaj działalności – realizowanie cudzych marzeń.

Dlaczego tak krótko?
* Sfinansowaliśmy czyjś przelot do Santiago na pielgrzymkę, wydanie książki, kupowaliśmy gitary… Ale ludzie pisali, że chcą mieć dom. Kiedy zaczęło przychodzić dwieście listów dziennie, powiedziałem „Nie. Lepiej zająć się dziećmi”. Zakończyliśmy działalność, ale listy dalej napływają.

Czy pisanie książek jest dla Pana łatwe, czy trudne?
* Zacząć jest trudno i pisać jest trudno. Ale jak już się zacznie, to trudno się zatrzymać.

Pisze Pan książkę w kilkanaście dni.
* Tak. Ale to, co czytamy, to efekt narodzin, ciąża trwa długo. Ten proces odbywa się we mnie bez mojego udziału. Nie wiem, kto jest ojcem.

Czy jako znany pisarz kreuje Pan swój wizerunek?
* Nie. Pisarz to co innego niż gwiazda filmowa. Najpierw pojawia się książka. To ona jest jego obrazem. Zaczęto się mną interesować dopiero, kiedy sprzedałem bardzo dużo książek. Jak niby miałbym kształtować swój obraz? Ubieram się normalnie. Na czarno, bo to wygodne w podróży. Gdybym się kreował, ludzie zorientowaliby się, że to jest sztuczne.

Pana książki biją rekordy popularności na całym świecie, przypisuje się im wielką siłę oddziaływania, wręcz magię. Jednocześnie przez krytyków uznawane są za naiwne, eklektyczne, nie wnoszące do literatury niczego nowego.
* Uważam, że jestem w awangardzie. Język, którym piszę, jest nowoczesny – mówi o wszystkim wprost, ale nie jest powierzchowny. Ten język wystarcza, żeby wytłumaczyć wszechświat. Przecież wystarczy powiedzieć „pustynia” i człowiek już wyobraża sobie, co to jest pustynia.
Wszyscy są w stanie mnie zrozumieć. Myślę, że to rewolucja.

Rewolucja? Czy prostota jest awangardowa?
* Człowiek opowiada od początku istnienia świata tylko cztery historie – o miłości między dwojgiem ludzi, między trojgiem ludzi, o walce o władzę i o podróży.
Awangardowe jest patrzenie na teraźniejszość dzisiejszymi oczami, powrót do prostego języka, który zaginął. Pojęcie awangardy zależy od okoliczności. Dzisiaj awangardowa jest prostota.

Rozmawiała Katarzyna Bielas
Tłumaczyła z portugalskiego Grażyna Misiorowska

Reklamy

Zdepczesz lwa, węża i smoka

Filed under: Paulo Coelho - wywiady — zakonram @ 8:00 pm
Tags: , , , , , , ,

– W swoich książkach mówisz: miejcie oczy i uszy otwarte, podążajcie za znakami. Ale czym są znaki? Gdzie ich szukać?
– Znaki to litery alfabetu każdego z nas, dane nam, abyśmy mogli porozumiewać się z Bogiem. Moje znaki nie są takie same jak twoje. Ale to ciekawe, że ilekroć mówię o znakach, wszyscy rozumieją o co chodzi. Gdy zaczynamy uczyć się języka znaków, musimy liczyć się z tym, że będziemy się mylić, jak w trakcie nauki każdego języka. Ważne, by rozwijać w sobie intuicję, która ułatwia porozumiewanie ze światem. Gdy coś nam się przydarza mamy intuicyjne wrażenie, dokąd zaprowadzi nas nasze wrażenie, dokąd zaprowadzi nas nasze działanie. Intuicja zawsze podpowiada właściwie, tylko nie zawsze chcemy jej słuchać.

– Co może być znakiem? Spotkany człowiek, przeczytana książka?
– Wszystko może być znakiem, ale naturalnie nie wszystko jest znakiem. Gdy będziemy uczyć się odcyfrowywać znaki, staniemy się mistrzami w tej dziedzinie.

– Wyobraź sobie, że przechodzi do ciebie miody człowiek i mówi: Moje życie jest bez sensu, chcę je zmienić, ale nie wiem, od czego zacząć.
– Powiedziałbym mu: musisz zrobić pierwszy krok.

– W jakim kierunku?
– Zrób coś, co natchnie cię entuzjazmem. Każda decyzja jest bardzo indywidualna. Ale kluczem jest entuzjazm. Powiedziałbym: miej odwagę zrobić jakieś szaleństwo. Nie bój się.

Jakie były twoje znaki?
– Mnóstwo ich było.

– To może inaczej – które z wydarzeń twojego życia byty ważne, przełomowe, zmieniły cię?
– Miałem osiem lat, gdy uświadomiłem sobie, że żyję. To bardzo dziwne uczucie, myślę, że każdemu się ono przydarza. W ogrodzie, wieczorem, świecił już księżyc, a mama grała na pianinie jakiś utwór Szopena. I wtedy nagle pomyślałem – o rety ja żyję! Jestem otoczony ludźmi! To było jak wielka niespodzianka. Ważny był pierwszy pocałunek, bo wtedy zrozumiałem, że nie jestem odrzucony Przełomowa była pielgrzymka do sanktuarium w Santiago de Compostela.

– Przypomnijmy – przeszedłeś wówczas samotnie pieszo 830 kilometrów z Francji do Hiszpanii drogą średniowiecznych pątników. Co stało się na tej drodze?
– Zrozumiałem, że mądrość to nie jest gromadzenie wiedzy Mądrość to otwarcie na moment obecny. Przed pielgrzymką miałem się za intelektualistę. Myślałem, że intelektualiści to wybrańcy elita. Ale zrozumiałem, że wcale tak nie jest, że ludzie zwykli mają nam bardzo dużo do powiedzenia. Elity starają się stworzyć świat dla wybranych. W czasie pielgrzymki dokonała się we mnie ogromna zmiana. Zwróciłem się przeciw elitom. Wtedy właśnie napisałem swoją pierwszą książkę Dziennik Maga. I postanowiłem, że będę pisarzem.

– Twoje życie to gotowy scenariusz kilku filmów. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych jako hipis przemierzyłeś tysiące kilometrów. Miałeś doświadczenia z narkotykami. Byłeś buddystą. Trafiłeś do sekty satanistów, a nawet do więzienia.
– Jako młody człowiek chciałem być pisarzem. Ale rodzicie powiedzieli, żebym wybił sobie to z głowy, bo przecież nikt, prócz wielkich sław, nie żyje z literatury Upierałem się, więc na trzy lata zamknęli mnie w klinice psychiatrycznej. Miałem 17 lat. Pamiętam dzień, w którym postanowiłem stamtąd uciec i stanąć twarzą w twarz ze wszystkimi wyzwaniami. Także dzień, w którym wyszedłem z więzienia dosłownie sparaliżowany tym, co mi się przydarzyło. Powiedziałem sobie – już dosyć, muszę wrócić do normalnego życia. Dni, w których zaczynałem wszystko od nowa, było w moim życiu wiele.

– Czy w tych ważnych momentach czułeś, że jesteś kierowany, chroniony? Czy wręcz przeciwnie – czułeś, że jesteś sam?
– W każdej chwili jestem kanałem boskiej energii. Cały świat nim jest. W czasie pielgrzymki do Santiago miałem ważny sen. Mam zwyczaj modlić się słowami Psalmu 91 – podepczesz lwa i podepczesz węża. W psalmie ta parafraza wraca dwa razy Pewnej nocy śniło mi się, że deptałem lwa, węża, ale także smoka. Gdy się obudziłem, zacząłem porównywać swój sen ze słowami psalmu, w którym nie ma mowy o smoku. Tego dnia odkryłem inne tłumaczenie Biblii, w którym była mowa o deptaniu lwa, węża i smoka. A więc tłumaczenie, które miałem, było niekompletne. Wtedy zrozumiałem, że ten psalm ma dla mnie, dla mojego życia, znaczenie symboliczne.

– To byt sen mocy?
– Ochrony. Na drodze do Santiago odkryłem jeszcze coś – dotarto do mnie z całą mocą, że najważniejsze, co powinniśmy robić, to koncentrować się na tym, co tu i teraz, nie myśleć o przeszłości. Jeśli zanadto wracamy do wspomnień z przeszłości, mogą nam one zaszkodzić w teraźniejszości. Staram się czuć w sobie pustkę. Tak jest najlepiej.

– W każdym momencie możemy być czystą tablicą?
– Tak, białą kartką. Właśnie dlatego możemy się zmieniać. Jeśli natomiast jesteśmy przymocowani do przeszłości, to ona nas wiąże i nie możemy się zmienić, otworzyć na nowe. Oczywiście, że ja to jestem ja i moje przeżycia, ale nie mogę cały czas myśleć o tym, co przeżyłem,

– W wywiadzierzece, udzielonym francuskiemu dziennikarzowi Juanowi Ariasowi, mówisz dużo o ludziach, którym wiele zawdzięczasz. Co było najważniejsze życzliwość, wsparcie czy pieniądze, które od nich otrzymywałeś?
– Wszystko było ważne. Ale – jak śpiewa Pauł Mc Cartney – wszyscy potrzebujemy miłości. Najważniejsze co dostałem, to miłość, bo miłość sprawia, że się zmieniamy. Najwięcej miłości dostałem od mojej żony Christiny, z którą jestem już 21 lat. Ona jest bazą, ciągłym wsparciem. Jej miłość wyraża się w bardzo różny sposób. Gdy czuję się zagubiony, ona mówi mi właściwe stówo. Gdy staję w obliczu nieprawdopodobnego piękna, ona czuje to samo – i mam je z kim dzielić. Dzielić piękno to niezwykle ważne, bo niewielu ludzi pojmuje, czym jest piękno.

– Wiem, że jesteś hojny. Obdarowujesz innych.
– Oddaję tylko to, co dostałem – dużo dostałem, więc dużo daję. Musimy odwzajemniać dobre rzeczy.

– Wiele razy upadałeś. Czy porażki niszczyły cię czy wzmacniały?
– Wzmacniają zawsze pod warunkiem, że nie widzimy siebie jako ofiary tego zdarzenia. Przez sześć lat byłem dyrektorem artystycznym w brazylijskich filiach koncernów płytowych CBS i PołyGram. I nagle – zostałem zwolniony Pojąłem wtedy, że otwierają się przede mną nowe horyzonty, mam szansę pójść w kierunku mojej własnej Legendy – pisania. Pomyślałem: Życie daje mi kolejną szansę, a ja jej potrzebuję. Wielkie cierpienia związane z miłościami prowadziły mnie do mojej obecnej miłości, do mojej żony Gdy opublikowałem Alchemika w Brazylii, wydawnictwo nie sprzedało książki. Wydawca powiedział, że nie chce mieć z nią nic wspólnego. I wtedy znalazłem innego wydawcę – i ta współpraca w tamtym czasie okazała się bardzo dobra.

– A sukces? Zmienił cię?
Jako nastolatek napisałem wiersz, który spodobał się moim przyjaciołom. To byt sukces. Wiedziałem, że nigdy nie będę silnym fizycznie mężczyzną, sportowcem. I raptem zrobiłem coś, co spotkało się z akceptacją. Kiedyś poszedłem na stadion piłkarski, gdzie było 150 tysięcy ludzi. I uświadomiłem sobie, że płyta, na którą napisałem muzykę, sprzedała się w 150 tysiącach egzemplarzy Patrzyłem i myślałem, ile ludzi słucha mojej muzyki.

– 100 milionów ludzi przeczytało twoje książki. Jaki to rodzaj satysfakcji?
– Ten sukces otworzył mi drzwi. Mogę spotkać się z ludźmi, których inaczej nie mógłbym spotkać. Mogę udać się do miejsc, do których nigdy bym nie dotarł. I nigdzie nie czuję się obco.

– Pracujesz otoczony białymi, pustymi ścianami. W twoim domu w Rio de Janeiro prawie nie ma mebli. Dlaczego?
– Kiedyś mój dom był zupełnie inny, hipisowski, pełen rzeczy, wspomnień. Ale zrozumiałem, że chcę być pusty wewnętrznie, to znaczy oddzielony od przeszłości i przyszłości. Uważam, że nasze otoczenie powinno odzwierciedlać to, jak się czujemy w środku. Dlatego mój dom jest pusty, nie ma żadnego bałaganu. Nie ma nawet papierów. Mam komputer, więc wszystko jest na dysku.

– To pomaga w skupieniu?
– W otwarciu się, w doświadczaniu przestrzeni. I pustki. To, co najważniejsze, dzieje się teraz. Jesteśmy panami swojego losu.

Rozmawiała Renata Arendt-Dziurdzikowska/Zwierciadło sierpień 2000

Lipiec 7, 2008

Andrzej Kowalski rozmawia z Paulem Coelho

Filed under: Paulo Coelho - wywiady — zakonram @ 6:42 pm
Tags: , , , ,

CO ODBIJA SIĘ W ZWIERCIADLE WSZECHŚWIATA?

Czym jest dla pana pisanie: pracą nad samym sobą, możliwością wyrażenia tego, czego nie da się powiedzieć bezpośrednio, nauczaniem?

Wieloma rzeczami naraz. Zgodzę się na pierwszą propozycję pisanie, to praca nad samym sobą. Ale w równym stopniu pisanie jest potrzebą dzielenia się z innymi ludźmi. Ciągle czymś się dzielimy: chlebem, papierosem, słowem – to jest bardzo istotne w życiu człowieka. Dla mnie pisanie jest również moją Własną Legendą, ponieważ zdecydowałeś! kiedyś, że zostanę pisarzem. Zobaczyć moją książkę wydaną w Polsce jest dla mnie czymś prawie magicznym.

Czy pamięta pan okoliczności w jakich owo marzenie o pisaniu pojawiło się po raz pierwszy ?
Doskonale zachowałem w pamięci dzień, kiedy pierwszy raz zobaczyłem moje nazwisko wydrukowane. Nie zapomnę też okoliczności, w jakich zdecydowałem, że zostanę pisarzem. Było to w tramwaju i za oknem padał rzęsisty deszcz. Powtarzałem sobie w myśli zdanie: „Lubię pisać i zostanę kiedyś pisarzem.” Poszedłem natychmiast zwierzyć się z tego matce. „Niemożliwe odpowiedziała mi. Z pisania książek nie będziesz mógł żyć.” Wiele razy później porzuciłem Własną Legendę, ale miałem ciągle przykład Jorge Amado, który żył z pisania książek. Myślałem zatem – dlaczego nie ja?

Jak pan zaczął: pisaniem nowel, poezją, dziennikarstwem?…
Wszyscy zaczynają podobnie, więc i ja napisałem dużo różnych rzeczy przed „Alchemikiem”, które wylądowały w koszu. Moją pierwsza książką jest opowiadanie o pielgrzymce. „Alchemik”, to moja druga książka. W filozoficznej bajce próbowałem wykorzystać alchemię, to znaczy zdolność jaką człowiek posiada, by umiejscowić swoje poszukiwania duchowe w świecie materialnya. Skąd taki wybór? Może dlatego, że chodziło o bajkę i jednocześnie o język, symboli, który trafia prosto do serca.

Czy sądzi pan, że pisanie jest dla pana najlepszym zajęciem w życiu?
Jako praca, tak. Pisanie, to moje własne poszukiwania duchowe, którymi staram się dzielić z innymi. Nie chcę nikogo nauczać, gdyż wiedza o życiu jeat czymś niezmiernie indywidualnym. Nie wierzę w mistrzów i w guru, bowiem każdy człowiek powinien prowadzić sam swoje wewnętrzne poszukiwania.

Czy po ukończeniu książki odnosi pan wrażenie, że coś pan utlfcił?
Absolutnie nie. Wręcz przeciwnie – zdobyłem ! Gdy kończę książkę pojawia się dziwna, całkowita pustka, ale bardzo szybko zapełnia się ona czymś innym – zrozumieniem i nowymi myślami, jakie mnie nawiedzają. Inspiracja jest właściwym słowem na określenie tego stanu. To praca sama w sobie. Istnieją takie chwile, gdy wszystko się zatrzymuje, chwile trudne, lecz one mijają i życie rusza swoim rytmem. Kiedy natomiast zamiera inspiracja, to tak jakby przyszła śmierć.

Z jakimi autorami czuje się pan związany?
Jest kilku takich, chociaż to co piszę jest dalekie od ich twórczości: Argentyńczyk Jorge luis Borges, Amerykanin Henry Miller i poeta angielski William Blake. Mam wrażenie, że często zwracam się ku tym trzem pisarzom.

W pańskich książkach temat poszukiwania Boga pojawia się bardzo często. Podobno na początku było Słowo… Sądzi pan, że pisząc człowiek idzie do przodu na drodze duchowej?
Jestem przekonany, że bak się dzieje. Pisanie jest dla mnie swoistym objawieniem, które pozwala na lepsze zrozumienie siebie samego.

Czy traktuje pan pisanie jako pewien rodzaj ofiary?
Nie. Myślę, że chodzi tu raczej o wymianę. Nie o wymianę kapitalistyczną, w której coś dajemy, aby coś innego równie wartościowego otrzymać. To dzieje się w sferze misterium.

W „Alchemiku” pisze pan, że „Jeśli czegoś gorąco pragniesz, to cały Wszechświat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu”. Ta myśl zrodziła się razem z „Alchemikiem”, czy też zawsze panu towarzyszyła?
Ta idea jest obecna we wszystkich wielkich mitach, które widzą świat jako olbrzymie zwierciadło. Wszystko co nosimy w sobie: miłość, nadzieję, pragnienia odbijają się w zwierciadle wszechświata. Ale odbija się w nim również nasz negatywizm i tak powielony powoduje, że stajemy się jeszcze bardziej sfrustrowani i zgorzkniali. Wszechświat istnieje poza tym, co zwykliśmy nazywać moralnością. Wszechświat nie rozróżnia dobra i zła. Ta myśl pojawia się w wielu tekstach mitologicznych i religijnych. Spróbowałem wyrazić ją tym właśnie zdaniem.

„Alchemik” ujawnia nam prawdy, które wydają nam się dobrze znane, ale o których zapominamy w życiu codziennym.
Oto właściwa synteza książki i jej sukcesu! Nie wymyśliłem niczego nowego i wszystkie życiowe prawdy jakie „Alchemik” wnosi są nam doskonale znane. Książka pomaga nam je na nowo ożywić, budzi nas ze snu, w jakim trwamy po to, by pójść tropem Własnej Legendy.

„Alchemik” mówi o Podróży. Czy pana zdaniem jest to najlepsze narzędzie poznania?
To jest archetyp, którym ciągle się posługujemy. W podróży obserwujemy samych siebie, ponieważ jesteśmy inni niż zwykle: zmuszeni do mówienia obcym językiem, do życia w nowych miejscach, do psługiwania się obcą walutą, do odkrywania na nowo wartości rzeczy… Ale ta uważna obserwacja świata i siebie samych powinna mieć również miejsce w „podróży codziennej”. Jesteśmy zbyt przyzwyczajeni do patrzenia jednakowo na dzień wczorajszy, jak i na ten co ma nadejść. Zapominamy o tym, że każdy dzień jest swoistym cudem. Pielgrzymka odgrywa doniosłą rolę prawie w każdym kraju i we wszelkich poszukiwaniach duchowych, ale nie należy zapominać, że ma ona miejsce również w zwykłym dniu każdego z nas,

Wędrując, wpisujemy się jakby w ruch samej Ziemi.
Myślę, że nawet całego kosmosu.

Skąd zainteresowanie alchemią?
Jeszcze z mojego pokolenia hippisów i szukania odpowiedzi na klasyczne pytania: „Po co tu jestem?” i „Dlaczego właśnie teraz?” Jak inni próbowałem wszystkiego: byłem najpierw u jezuitów, potem udałem się w podróż, stałem się buddystą, później ateistą, przynależałem do tajemnych stowarzyszeń… Ale pytania snuły się za mną niezaspokojone. Aż nagle w moim życiu pojawiła się alchemia i pomogła mi narzucić trochę dyscypliny w moich poszukiwaniach.

Pańska książka przepełniona jest symbolami alchemicznymi, alegoriami i metaforami. Stanowią one swoistą sieć powiązań, które odkrywamy często dopiero przy ponownej lekturze. Czy jest to pewien rodzaj strategii, czy rezultat zwykłego przypadku?
Chrystus powiedział, że królestwo niebieskie jest jak ma leńkie ziarno gorczycy, które siejemy w ziemi, i z którego wyrasta olbrzymia roślina, jakiej nawet nie podejrzewamy. Tak dzieje się i w życiu. Napisałem tę książkę w piętnaście dni, w sposób absolutnie spontaniczny.

Która scena w „Alchemiku” przysporzyła panu najwięcej kłopotu?
Wydawało ml się, że zapędziłem się w pułapkę, gdy chłopiec miał przemienić się w wiatr. To mogło przecież zniszczyć całą książkę, ale scena napisała się sama…

Czy teraz, poświęcając więcej czasu napisałby pan lepiej „Alchemika”?
Na pewno gorzej.

Czy istnieje jakiś szczególny powód, dla którego bohater książki jest Hiszpanem, a akcja toczy się w Afryce?
Tak, spisek świata. Hiszpania i Afryka dla brazylijskiego chłopca pozostaną zawsze w sferze marzeń. To tam zamieszkuje baśniowość i tajemnica. Z miejscami rodzinnymi pozostajemy w związku na tyle intymnym, że trudno jest o nich pisać.

W ilu krajach można czytać „Alchemika”?
W pięćdziesięciu sześciu.

Czy jest kraj, gdzie „Alchemik” nie odniósł sukcesu?
W Danii. Wciągu trzech miesięcy sprzedano zaledwie 288 egzemplarzy. Nie wiem dlaczego tak się dzieje. Będę chyba musiał pojechać tam i sam to odkryć.

Czy sukces męczy?
Sukces zmienia życie, choć są chwile, w których można czuć się zmęczonym. Sukces, to głównie spotkania z ludźmi, a one są największym cudem, jaki Šzyni dla nas życie.

Rozmowę przeprowadził i przetłumaczył
Andrzej Kowalski

Blog na WordPress.com.