Zakon RAM – mądrość, filozofia, literatura

Lipiec 23, 2008

Wszystko jest prostsze, niż myślałem

Filed under: Paulo Coelho - wywiady — zakonram @ 8:16 pm
Tags: , , , , , ,

Paulo Coelho, pisarz: Możemy utkać swoje życie z niespodzianek

„Weronika postanawia umrzeć” – taki tytuł nosi pana najnowsza książka. Tak postanawia, bowiem nie widzi sensu dalszego życia. Pan we wszystkich swoich książkach stara się ten sens czytelnikowi pokazać.

PAULO COELHO: Jest wiele osób, które nie potrafią go dostrzec – egzystują tak, jakby były martwe. Poprzez postać Weroniki chciałem z jednej strony pokazać, w jak beznadziejnej sytuacji potrafią znaleźć się ludzie, którzy nie mają celu, z drugiej – że czasem dopiero w obliczu śmierci uświadamiamy sobie, ile jest warte nasze życie. Weronika usiłuje popełnić samobójstwo i gdy już jest bliska śmierci, każdą kolejną minutę zaczyna postrzegać jako cud istnienia. Taka jest też moja prywatna filozofia. Codzienność, teraźniejszość – powinniśmy postrzegać jako coś cudownego.

Zanim został pan pisarzem, przemierzył pan ponad 800 kilometrów wędrując starożytnym szlakiem pielgrzymów do Santiago de Compostela. Czy celem tej wędrówki było odnalezienie wiary w sens istnienia?

Raczej odnalezienie powołania. Zawsze chciałem być pisarzem, artystą, ale nie udawało mi się to. I dlatego wcześniej często negowałem sens własnego życia. Nadszedł jednak czas, kiedy stwierdziłem, że nie mogę w nieskończoność odsuwać marzeń. Wtedy zdecydowałem się podjąć pielgrzymkę. Podczas wędrówki uświadomiłem sobie, że wszystko jest prostsze, niż dotąd myślałem. Aby realizować marzenia, wystarczy wewnętrzna dyscyplina i świadomość stawianych przed sobą celów.

Pielgrzymka do Santiago była chyba także swego rodzaju katharsis. W pana biografiach można wyczytać, że w młodych latach zażywał pan narkotyki, spędził pewien czas w więzieniu…

Oczywiście, wyprawa do Santiago była dla mnie oczyszczeniem. Uświadomiła mi, jak powinienem dalej postępować, że nie warto marnować życia na błahe przyjemności, lepiej koncentrować się na tym, co jest dla nas najważniejsze. Dla mnie to było pisanie.

Czy dla odnalezienia sensu życia konieczne są tak radykalne decyzje jak w przypadku pana czy Weroniki?

Absolutnie nie. Wystarczy głęboko w siebie zajrzeć. Sam zdecydowałem się na tak radykalny krok, gdyż miałem już 38 lat i uważałem, że na wiele spraw jest dla mnie za późno. To był akt desperacji. I rzeczywiście podobne pobudki kierują bohaterką mojej powieści, ale powtarzam, że nie jest to droga do naśladowania.

Bohater pana najsłynniejszej książki – „Alchemika” – także odnajduje harmonię w swoim życiu dopiero po licznych doświadczeniach, po bardzo długiej i ciężkiej wędrówce.

Bo przeciwności losu, wyzwania, jakie człowiek napotyka na swej drodze, ułatwiają zajrzenie do własnego wnętrza.

Bohaterka nowej powieści mieszka w Słowenii. Skąd taki pomysł?

Chodziło mi o pokazanie pewnej analogii. Słowenia to młody kraj, który przeżywa kryzys, nie umie się odnaleźć i walczy o własną tożsamość.

Przed trzema laty odwiedził pan Polskę zupełnie prywatnie. Podobno pracował pan jako barman w jednej z warszawskich restauracji. Słyszałem też, że we Francji pracował pan incognito w fabryce produkującej szynkę konserwową. Czy w ten sposób szuka pan tematów do kolejnych książek?

Nie. To jest forma ucieczki od zawodu pisarza – czasami potrzebuję takich odmian. Do Polski przyjechałem z pielgrzymką do Częstochowy, później spędziłem trochę czasu w Warszawie. To był rok odpoczynku, kiedy postanowiłem wszystko robić inaczej niż zwykle. Dlatego zdecydowałem się na zmywanie naczyń w barze. Nie zbierałem wówczas materiałów do żadnej książki. Zresztą nigdy nie piszę poza Brazylią. Dużo podróżuję, ale pisać potrafię tylko we własnym kraju.

Pana książki ukazały się w 120 krajach, w 45 językach, rozeszły się w nakładzie ponad 30 milionów egzemplarzy. Decyzja, żeby zmywać naczynia w warszawskim barze, to pomysł niespotykany jak na człowieka o takiej pozycji.

Możemy utkać swoje życie z niespodzianek – wówczas jest ono naprawdę interesujące. Cieszę się, że mam całkowitą wolność decydowania o tym, co będę robił.

Rozmawiał Łukasz Gołębiewski / Rzeczpospolita, 19 maja 2000

Reklamy

Niech żyją szaleńcy

Filed under: Paulo Coelho - wywiady — zakonram @ 8:12 pm
Tags: , , ,

ELLE Jest to książka w części autobiograficzna. Dlaczego Pan ją napisał?
PAULO COELHO Ponieważ zdałem sobie sprawę, że wielu moich czytelników uważa się za wariatów. Chciałem podzielić się z nimi przeświadczeniem, że nigdy nie jesteśmy w izolacji, zawsze znajdzie się ktoś gotowy, by uczestniczyć w naszej przygodzie.

ELLE Skąd przekonanie, ze Pana czytelnicy w ten sposób myślą o sobie?
P.C. Wszystkie moje książki mówią o tym, żeby żyć własnym życiem, a nie takim, jakie narzucają nam inni. Ci, którzy je czytają, pragną przeżyć własną, osobistą legendę. To już rodzaj szaleństwa, bo by tak się stało, muszą rozbić mury szklanego więzienia, które je otacza. I to również moment głębokiej samotności.

ELLE Co konkretnie przytrafiło się Panu?
P.C. Przeszedłem prawie wszystkie stany przeżywane przez bohaterkę mojej książki: atak paniki, depresję, schizofrenię. Jako młody człowiek byłem dziwny. Miałem problemy z nawiązywaniem przyjaźni, całymi dniami czytałem książki, marzyłem o pisaniu, chciałem zostać artystą. Rodzice tak bardzo bali się o moją przyszłość, że trzy razy zamykali mnie w szpitalu psychiatrycznym.

ELLE Tak bez powodu?
P.C. Tak. Pewnego dnia zaprowadzili mnie tam pod pretekstem badań lekarskich. Usłyszałem: „To jest twój pokój”. Nie zrozumiałem. Spędziłem wówczas na obserwacji dwadzieścia dni.

ELLE Weronika, Pana bohaterka, nie czuje się w tym szpitalu aż tak bardzo nieszczęśliwa. Jak Pan to przeżył?
P.C. Szpital psychiatryczny jest odrębnym światem. To królestwo oddzielone od rzeczywistości, gdzie robi się to, na co w danym momencie ma się ochotę. Z jednej strony czułem się tam źle, ale z drugiej miałem świadomość, że przeżywam jedyne w swoim rodzaju doświadczenie. To surrealistyczny i deliryczny kosmos. Człowiek czuje się w nim dobrze! Jak w euforii. A czasem w depresji. To anarchiczne państwo. Miejsce, gdzie ma się prawo do szaleństwa.

ELLE W jaki sposób ten pobyt odmienił Pana?
P.C. Kiedy po raz pierwszy wyszedłem ze szpitala, porzuciłem książki i zacząłem bardzo intensywnie przeżywać swoją młodość. Bawiłem się, włóczyłem po knajpach, wracałem do domu o piątej nad ranem. Stałem się agresywny, wstąpiłem nawet do bandy, zmieniłem się w chuligana. Moi rodzice, już wcześniej zaniepokojeni, tym razem całkowicie utwierdzili się w przekonaniu, że jestem wariatem.

ELLE l zamknęli Pana po raz drugi, a potem po raz trzeci.
P.C. Tak, ale tym razem przeżywałem to już dużo gorzej, bo w tym czasie pokochałem życie.

ELLE Czy szpital psychiatryczny zrobił dla Pana cokolwiek dobrego?
P.C. Być może za pierwszym razem. Rezultaty tego pobytu okazały się jednak całkowicie sprzeczne z zamysłem moich rodziców, którzy pragnęli, bym odnalazł miejsce w karnym szeregu.

ELLE W książce nie wydaje się Pan tak bardzo mieć im tego za złe.
P.C. Z czasem zrozumiałem, że powzięli taką decyzję z miłości. Radzili się lekarza. Później dręczyło ich poczucie winy. Kiedy jednak powiedziałem ojcu, że zamierzam o tym napisać książkę, zaczął się bać, że będę miał kłopoty. Znany brazylijski pisarz, trzykrotnie zamykany w szpitalu psychiatrycznym, o tym nikt wcześniej nie słyszał! Wytłumaczyłem ojcu, że może gdybym kandydował na prezydenta republiki, taka przeszłość byłaby kłopotliwa, natomiast pisarz ma prawo być wariatem.

ELLE Czy to prawdo, że w Brazylii Pana książka umożliwiła zmianę przepisów prawnych w kwestii nadużywania odosobnienia?
P.C. Tak. Teraz, żeby zamknąć kogoś do zakładu, potrzebna jest opinia drugiego, państwowego lekarza, innego niż lekarz rodzinny.

ELLE „Nic na świecie nie zdarza się przypadkiem”, mówi Pan ustami swojej bohaterki. Czy to znaczy, że i Pana doświadczenie ze szpitalem psychiatrycznym nie było przypadkowe i miało sens?
P.C. Kiedy piszę: „Nic nie dzieje się przypadkiem”, mam raczej na myśli spotkania, a nie wydarzenia. Jestem przekonany, że pobyt w zakładzie był zapisany w moim losie, choćbym nawet nie do końca rozumiał dlaczego,

ELLE Jeśli istnieje przeznaczenie, gdzie jest miejsce na naszą wolność?
P.C. Mamy wolność porzucenia naszego osobistego losu i pójścia śladem losu innych: męża lub żony, ojca czy matki, czy społeczeństwa. Żeby jednak powiedzieć „tak” własnemu przeznaczeniu, trzeba umieć powiedzieć „nie” wielu innym rzeczom. Mieć odwagę wykonania pierwszych kroków. Dopiero potem przychodzi wewnętrzna radość, która bardzo często jest zaraźliwa.

ELLE Dlaczego Weronika postanawia umrzeć?
P.C. Ponieważ uważa, że jej życie nie ma sensu. Dwadzieścia lat to moment przełomowy. Człowiek decyduje się wtedy zająć sam własnym życiem albo akceptuje, że zrobi to za niego ktoś inny; tym samym godzi się na status niewolnika.

ELLE Już jako młody człowiek wiedział Pan, że chce zostać pisarzem. Tymczasem dzisiaj wielu młodych nie wie, czego pragnie.
P.C. W takich przypadkach trzeba być buntownikiem. Posunąć bunt do ostateczności. Samemu odkryć, że nasze własne ograniczenia są znacznie mniejsze niż te, jakie się nam narzuca. Dopiero wtedy można dostrzec i pojąć to, czego nie widziało się wcześniej: naszą osobistą legendę, nasze przeznaczenie. Jeśli ktoś stara się natychmiast zająć miejsce w szeregu, w efekcie nigdy nie pozbędzie się zwątpień.

ELLE Czy decyzja o samobójstwie oznacza dla Pana odwagę, czy tchórzostwo?
P.C. Przede wszystkim głupotę.

ELLE Czy Pan sam kiedykolwiek pragnął śmierci?
P.C. Nigdy.

ELLE Dlaczego postanowił Pan opowiedzieć tę historię oczami kobiety?
P.C. Żeby nabrać większego dystansu do tej postaci. Więcej mnie samego jest w innych bohaterach książki. Weronika jest normalną, młodą kobietą, która żyje w obcym sobie świecie, pełnym uczuć, których nie zna, takich jak nienawiść i gniew, i pełnym wyzwolonej seksualności. Wykorzystuję ją, by ze świeżą niewinnością podejść do spraw, które dobrze znam.

ELLE Weronika budzi się w szpitalu psychiatrycznym i słyszy głos: „Czy chcesz, żeby Cię zaspokoić?” Dlaczego?
P.C. Dlatego że tak to wyglądało ze mną.

ELLE W rzeczywistości?
P.C. Tak, kiedy obudziłem się w środku pierwszej nocy, ktoś zadał mi właśnie takie pytanie. Odpowiedziałem przecząco (śmiech).

ELLE „Chcę pozostać szalona, przeżyć życie tak, ja je sama śnię, a nie tak, jak życzą sobie inni” mówi jedna z postaci książki. Czy trzeba być szalonym, żeby pragnąć żyć według własnych snów?
P.C. To właśnie jest klucz do książki. Czym jest szaleństwo? Dla mnie to niemożność porozumienia się. Jeśli potrafię na przykład uzmysłowić pani znaczenie wody mineralnej w Zurychu, to znaczy, że nie jestem szaleńcem, bo istnieje na tym świecie ktoś, z kim mogę się czymś podzielić. Ale jeśli mi się to nie uda, jeśli nikt mnie nie zrozumie, wtedy zacznę być postrzegany jako osobnik dziwaczny, a to się może bardzo źle skończyć. Na tym polega złe szaleństwo.

ELLE Czyżby istniało dobre?
P.C. Tak. Takie, które pozwala na odwagę podążania za własnymi marzeniami, choćby wydawały się absurdalne, i na akceptację ceny, którą trzeba za to zapłacić.

ELLE Z lektury Pańskiej książki wyniosłam wrażenie, że szaleńcy nie zawsze są tymi, za jakich się ich uważa. Czy właśnie to miał Pan na myśli?
P.C. Poczucie wyobcowania nie jest zastrzeżone dla szpitali psychiatrycznych. W rzeczywistości izolacja czai się wszędzie. Nawet, jeśli codziennie o dziewiątej rano wychodzę do biura, mogę być totalnie samotny. Po pracy wracam do domu, oglądam pornosy, onanizuję się, nie odzywam do nikogo. Powoli staję się trupem. Zaczynam stwarzać sobie świat, w którym takie reguły życia są do przyjęcia. Pierwszy krok to krytyka świata innych, która ma usprawiedliwić moją gorycz. Później buduję wokół siebie obronne mury. Zamykam się przed życiem i przed tym, co nieoczekiwane. Społeczeństwo akceptuje tego rodzaju szaleńców, ponieważ mimo wszystko, mogą być jeszcze produktywni. Ich samych jednak przygniata straszliwe cierpienie, choć nie zawsze muszą zdawać sobie z tego sprawę, czasem czują się wręcz panami wszechświata.

ELLE Jedna z Pańskich postaci doświadcza wyjścia poza własne ciało. Dlaczego opowiada Pan w książce tę historię?
P.C. Bo jest prawdziwa. W szpitalu psychiatrycznym byt wariat, który za każdym razem, gdy dostawał lekarstwa, opuszczał swoje ciało. Ja sam też spróbowałem.

ELLE Udało się?
P.C. To nie jest trudne. Wypróbowałem różne techniki. To podróż poza przestrzeń i czas, w magiczny świat, gdzie doświadcza się uczucia, że widzi się własne ciało i można je przenieść w dowolne miejsce. Jeszcze dzisiaj zdarza mi się, że budzę się w środku nocy i nie mogę się poruszyć, chociaż jestem w pełni świadomy. Pływam poza moim ciałem. Teraz jednak to mi już nic nie daje.

ELLE A wtedy?
P.C. Wtedy dzięki temu zrozumiałem, że istnieją światy paralelne.

ELLE Pisze Pan, że świadomość śmierci jest jedynym sposobem, aby naprawdę docenić życie.
P.C. Kiedy miałem 26 lat, pisałem piosenki, uważane w Brazylii za wywrotowe. Któregoś dnia zostałem porwany przez oddział paramilitarny. Żołnierze rzucili mnie na ziemię, wycelowali z rewolweru. Naprzeciwko miejsca, gdzie byłem przetrzymywany, stał hotel. Przyszło mi do głowy wówczas, że głupio byłoby umierać, patrząc na hotel. Dokładnie w tym momencie przesunął mi się przed oczami film z całego mojego życia, ale niezupełnie tak, jak opisują w książkach. Zadałem sobie pytanie: Jeśli miałbym teraz umrzeć, czy przeżyłem moje życie? Odpowiedziałem tak.

ELLE W wieku 26 lat!
P.C. Byłem buntownikiem, szaleńcem, niczego nie żałowałem. Pomyślałem sobie, że mogę umierać. I to trwa do dzisiaj. Mogę umrzeć choćby zaraz, tu przed panią! Jestem spokojny, bo mogę powiedzieć, że przeżyłem moje życie.

ELLE Co chciałby Pan, żeby czytelnik zapamiętał z książki?
P.C. Pisarz nie może decydować o tym za czytelnika. Napisanie i przeczytanie książki to trochę jakby stosunek płciowy. Czasem trzeba zaakceptować fakt, że nie ma się orgazmu, natychmiast trzeba odłożyć go do jutra. I właśnie tak może się zdarzyć z tą książką.

Z Paulo Coelho rozmawia Valerie Colin-Simard/Elle, czerwiec 2000

DROGĘ DYKTUJĄ SNY

Filed under: Paulo Coelho - wywiady — zakonram @ 8:09 pm
Tags: , , , , , , , ,

Zło jest zbyt pociągające. Kiedyś napisałem o nim całą książkę. Żona czytała ją w miarę pisania. Kiedy doszedłem do czterechsetnej strony, powiedziała: „Nie. Nie możesz tego wydrukować”. Zapytałem: „Dlaczego. Przecież wszystko źle się skończy”. Ale ona się upierała: „Mimo to książka będzie fascynująca. Będzie ludzi wciągać”. I zniszczyłem ją.

Akcja Pana najnowszej książki „Weronika postanawia umrzeć” toczy się w szpitalu psychiatrycznym. Rodzice zamknęli Pana w szpitalu, gdy miał Pan osiemnaście lat. Jacy byli?
* Ojciec, który już nie żyje, był inżynierem, matka zajmowała się domem. Normalna rodzina klasy średniej. Ojciec chciał, żebym poszedł w jego ślady, ja chciałem zostać artystą. Doszło do zderzenia naszych marzeń i wybuchu.
W szpitalu byłem trzy razy. Najpierw dwadzieścia dni, potem kolejno po dwa miesiące. Za pierwszym razem powiedzieli mi, że idę na badania. Na miejscu jednak pielęgniarka pokazała mi mój pokój. Powiedziała, że mam jakieś dziwne pomysły i muszę zostać. Uciekłem ze szpitala, ale złapano mnie i wsadzono po raz drugi już siłą. O ile na początku byłem bardzo nieśmiały, siedziałem w domu i czytałem książki, to po wyjściu pomyślałem: „Zrobiliście ze mnie głupiego, dobrze, to ja taki będę”. Do późnej nocy siedziałem na ulicy, piłem piwo, z kumplami urządzaliśmy wyścigi samochodowe. Obudziła się we mnie chęć rewolty, walczyłem o swoją przestrzeń. Znów wsadzono mnie siłą do szpitala.

Prawo w Brazylii pozwala na takie rzeczy?
* To prawo zostało zmienione dopiero w ubiegłym roku, po ukazaniu się „Weroniki…”, mimo że od dziesięciu lat dyskutowano o tym w Kongresie. Wiem, że moja książka miała na to wpływ i bardzo mnie to cieszy.
Wcześniej wystarczyła opinia lekarza, np. lekarza domowego, żeby kogoś oddać do zakładu. Lekarz mógł być przekupiony. To prawo dotyczyło także małżeństw – jedno z małżonków mogło się nim posłużyć, chcąc doprowadzić do rozwodu. Zawsze można było powiedzieć, że czyjeś zachowanie zagraża otoczeniu. Teraz w każdej sprawie musi wypowiedzieć się biegły, lekarz państwowy.

Pana książka nie opisuje horroru rodem z „Lotu nad kukułczym gniazdem”. Czy pobyt w szpitalu nie był dla Pana straszny?
* Nie. O wiele gorsze były moje późniejsze pobyty w więzieniu. Szpital nie był strasznym przeżyciem, bo kryła się za nim miłość moich rodziców. Oni nie robili tego z nienawiści. Walczyłem z nimi, buntowałem się, ale nie czułem się ofiarą. Za trzecim razem powiedzieli: „No dobrze, jesteś wariatem, ale będziemy się tobą opiekować w domu”.

A jak Pan znalazł się w więzieniu?
* W więzieniu byłem również trzy razy. Za pierwszym razem, w 1969 roku, przez pomyłkę wzięto mnie za terrorystę.
W maju 1974 roku wsadzono mnie dwa razy i wtedy już chodziło o mnie. Pisałem teksty piosenek o społeczeństwie alternatywnym. Ponieważ moim krajem rządzili wojskowi, interpretowali wszystko bardzo prosto – dla nich była to działalność wywrotowa. O ile w szpitalu czułem, że za moją złą sytuacją stoi miłość rodziców, którzy po prostu wybrali złe środki, w więzieniu czułem nienawiść.

Torturowano Pana?
* Tak. Do więzienia wtrąciły mnie grupy paramilitarne – rząd popierał ich represje, ale oficjalnie się do tego nie przyznawał.
Stosowano różne tortury. Zamknięto mnie nago w ciemnej maleńkiej celi, gdzie było potwornie zimno i włączono syrenę. W takich warunkach nie trzeba człowieka dotykać – i tak wariuje. Ta tortura nazywała się „lodówka”.
To była okrutna faza mojego życia.
Myślę, że nigdy o tym nie napiszę. Doświadczenie nienawiści jest czymś bardzo negatywnym, nikomu w niczym nie pomoże.

Nie chce Pan opisywać zła? Kiedyś związany był Pan z sektą satanistyczną.
* To nie był dokładnie satanizm. Bardzo interesowałem się wtedy magią. To, w co wszedłem, było brakiem etyki w poszukiwaniach duchowych.

Czym się przejawiało?
* Nie chcę odpowiedzieć konkretnie, bo zło jest zbyt pociągające. Kiedyś napisałem na ten temat całą książkę. Moja żona czytała ją w miarę mojego pisania. Kiedy doszedłem do czterechsetnej strony, powiedziała: „Nie. Nie możesz tego wydrukować”. Zapytałem: „Dlaczego. Przecież wszystko źle się skończy, koniec będzie tragiczny”. Ale ona się upierała: „Mimo to książka będzie fascynująca. Będzie ludzi wciągać”. I zniszczyłem ją.
Byliśmy w tej sekcie razem z moim przyjacielem, gwiazdą brazylijskiego rocka – Raulem Seixasem. On już nie żyje, przedawkował narkotyki.

Czy po tych doświadczeniach doszedł Pan do jakichś wniosków o naturze zła?
* To temat mojej następnej książki. Do małego miasteczka przybywa obcy i proponuje, żeby zło uczynić bezkarnym. Jak zareagują ludzie? Jak zachowają się nasze instynkty – skłonność do zemsty, do sadyzmu…
W człowieku jest i dobro, i zło. Bez względu na to, czy uznamy, że zło jest w nas, czy też że jest na zewnątrz, jesteśmy za nie odpowiedzialni. My je kontrolujemy. Dziecko nie ma pojęcia, co jest dobre, co złe, dlatego jest zdolne do okrucieństw.

Czy podobnie jak tytułowa bohaterka „Weroniki…” myślał Pan kiedyś o samobójstwie?
* Nie. Nigdy.

Czy „Weronika…” to rozrachunek z tamtym okresem? Co Pan wtedy zrozumiał?
* To raczej próba zrozumienia przeszłości, która jest zawsze zamknięta. Coś się zdarza, zostawia w nas rany, z którymi zostajemy na zawsze. Dzięki pobytowi w szpitalu zrozumiałem, że każdy jest inny, a żyjąc w społeczeństwie, musimy umieć akceptować te różnice. Zrozumiałem to stosunkowo wcześnie. Jednak impulsem do napisania książki były doświadczenia wyniesione z wielu podróży, podczas których widziałem bardzo samotnych ludzi.

W książce występuje Pan przez chwilę jako bohater, pod własnym nazwiskiem. Dlaczego?
* Wydawcy byli temu przeciwni. Ale ja upierałem się, myślałem, że jeśli umieszczę siebie, książka będzie miała inny ciężar gatunkowy. Ja tam tylko wchodzę i wychodzę, pojawiam się po to, żeby powiedzieć, że przeżyłem to samo.

Ale główną bohaterką jest kobieta.
* Jej przypadek nie ma ze mną nic wspólnego, tak jak opisywany syndrom paniki czy depresja. Żeby to dobrze przeanalizować, musiałem się zdystansować.

Często powtarza Pan, że odkrył w sobie kobiecą część duszy. Co to znaczy?
* Od 1982 roku należę do grupy zajmującej się studiami nad językiem symbolicznym w Kościele katolickim. To luźna grupa, nie jakieś ścisłe zgromadzenie. Nie chodzi nam o rozważania teoretyczne, tylko o przeżycie.
W 1989 roku odbyłem dwie pielgrzymki. Pierwszą z granicy francusko-hiszpańskiej do Santiago. Druga pielgrzymka była zupełnie inna. Mimo że nazywa się ona „Droga do Rzymu”, nie wymaga fizycznego przemieszczania się. Nie ruszałem się w ogóle z Lourdes, które sobie wybrałem. W tej pielgrzymce chodzi o zgłębianie języka symboli za pomocą intuicji. Polega to na tym, że wprowadza się w życie nasze sny: jednego dnia śnimy, następnego musimy robić to, co nam się śniło. Kierujemy się tylko swoimi intuicjami i snami. Co się wtedy dzieje, trudno jest wytłumaczyć.
Pierwszą pielgrzymkę nazwałbym „męską” – to przestrzeń, którą musimy pokonać, linearność, człowiek kieruje się w niej dyscypliną. Podczas drugiej walczy się z czasem – należy spędzić w określonym miejscu 70 dni. Drogę dyktują sny. To właśnie wtedy odkryłem kobiecą stronę mojej duszy. Udało mi się to zaakceptować dopiero w 1994 roku – napisałem wtedy książkę „Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam…”.

Dlaczego odkrył Pan w sobie kobiecość tak późno?
* Bo jestem głupi, powinienem zrobić to wcześniej. Teraz widzę życie w sposób o wiele pełniejszy.

Czy Pana książki się zmieniły?
* Nie. Myślę, że tworzenie zawsze jest żeńskie. Każdy mężczyzna tworząc używa swojej kobiecej strony, nawet jeśli robi to nieświadomie.

Miał Pan cztery żony. Czego się Pan nauczył od kobiet?
* Wszystkiego. Wydaje mi się, że w związku, w którym jest uczucie, zawsze się człowiek uczy. Kiedy się kocha, wszystko jest bardziej intensywne.
Moja pierwsza żona była ode mnie o jedenaście lat starsza – nauczyłem się od niej prowadzić samochód, nauczyłem się angielskiego… Ale tak naprawdę nie tego człowiek uczy się od kobiety. Najważniejsze jest inne widzenie świata.
Od dwudziestu jeden lat jestem z Christiną, ale moja żona dzisiaj nie jest tą sprzed dwudziestu lat. Ciągle się zmieniamy, byłem jakby z ośmioma Christinami. Czuję, jakbym osiem razy wchodził w nowy związek. Ja też jestem ósmym Paulem, bo zmieniam się w procesie walki o moje sny, moje marzenia.

Czy poprzednie trzy małżeństwa traktuje Pan jako klęski?
* Nie. To były poszukiwania. Rozstawaliśmy się, bo kończyła się nasza miłość.

Dziś mówi się o kryzysie małżeństwa.
* Bo trzeba zrozumieć, że małżeństwo to nie jest związek stały – podlega zmianom, ciągle trzeba się adaptować do nowej sytuacji. Małżeństwo kończy się klęską, jeśli po ślubie wychodzi się z kościoła i uważa, że już zawsze będzie tak jak tego dnia. Trzeba od razu pojąć, że to proces.
Ale wszystko oczywiście opiera się na miłości.

Czy wierność też ma podlegać przemianom?
* To jest bardzo osobista sprawa. Każdy inaczej do tego podchodzi. Mam swoją opinię, ale zachowam ją dla siebie.

Pana czytelniczki to głównie kobiety.
* Dawniej tak było, ale to się zmienia. Kobiety są bardziej otwarte na to, co nowe, ale mężczyźni coraz bardziej się feminizują. Na spotkaniach z czytelnikami 40 procent stanowią teraz mężczyźni, dawniej było ich jakieś 20 procent.

Mimo wielu złych doświadczeń Pana książki są optymistyczne.
* Nie myślę o sobie jak o ofierze. Mówiliśmy tu tylko o bolesnych doświadczeniach. Nie mówiliśmy o pozytywnych. Na przykład o tym, że kiedy uciekłem ze szpitala psychiatrycznego, narzeczona dała mi oparcie. Gdybym miał podsumować moje życie, to pozytywnych doświadczeń jest bardzo dużo, tyle że negatywne są bardzo intensywne.
Udaje mi się walczyć o swoje marzenia. To jest pozytywne.

Namawia Pan w swoich książkach do podążania za marzeniami. W „Alchemiku” nazywa się je Własną Legendą. Czy wystarczy oprzeć się na sobie? Głupcy i źli ludzie też mają marzenia.
* W podążaniu własną drogą potrzebna jest etyka – nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe. Granicą naszych marzeń musi być wpływanie na życie innych. Nie możemy im zagrażać. Rodzice nie powinni marzyć za swoje dzieci.

Co według Pana ogranicza naszą samorealizację?
* Marzenia wydają nam się albo niemożliwe do spełnienia – wtedy nie próbujemy działać, albo zbyt łatwe – wtedy boimy się, że kiedy zaczniemy je realizować, to zmienimy kierunek, sens naszego życia. Boimy się albo klęski, albo zmiany, nawet jeśli marzymy o niej.

Czym zajmuje się fundacja, do której wpływa część zysków z Pana książek?
* Głównie biednymi dziećmi, przeznaczamy dla nich 300 tys. dolarów rocznie. Zorganizowaliśmy im miejsca, gdzie od godz. 8 do 18 mogą zajmować się plastyką, Internetem… Teraz mamy pod opieką 280 dzieci, do końca roku ma ich być 400. Poza tym – w mniejszym zakresie – finansujemy stypendia dla osób zajmujących się historią Brazylii, tłumaczenia nieżyjących klasyków literatury brazylijskiej, pomagamy starszym ludziom.
Przez niecały rok prowadziłem jeszcze jeden rodzaj działalności – realizowanie cudzych marzeń.

Dlaczego tak krótko?
* Sfinansowaliśmy czyjś przelot do Santiago na pielgrzymkę, wydanie książki, kupowaliśmy gitary… Ale ludzie pisali, że chcą mieć dom. Kiedy zaczęło przychodzić dwieście listów dziennie, powiedziałem „Nie. Lepiej zająć się dziećmi”. Zakończyliśmy działalność, ale listy dalej napływają.

Czy pisanie książek jest dla Pana łatwe, czy trudne?
* Zacząć jest trudno i pisać jest trudno. Ale jak już się zacznie, to trudno się zatrzymać.

Pisze Pan książkę w kilkanaście dni.
* Tak. Ale to, co czytamy, to efekt narodzin, ciąża trwa długo. Ten proces odbywa się we mnie bez mojego udziału. Nie wiem, kto jest ojcem.

Czy jako znany pisarz kreuje Pan swój wizerunek?
* Nie. Pisarz to co innego niż gwiazda filmowa. Najpierw pojawia się książka. To ona jest jego obrazem. Zaczęto się mną interesować dopiero, kiedy sprzedałem bardzo dużo książek. Jak niby miałbym kształtować swój obraz? Ubieram się normalnie. Na czarno, bo to wygodne w podróży. Gdybym się kreował, ludzie zorientowaliby się, że to jest sztuczne.

Pana książki biją rekordy popularności na całym świecie, przypisuje się im wielką siłę oddziaływania, wręcz magię. Jednocześnie przez krytyków uznawane są za naiwne, eklektyczne, nie wnoszące do literatury niczego nowego.
* Uważam, że jestem w awangardzie. Język, którym piszę, jest nowoczesny – mówi o wszystkim wprost, ale nie jest powierzchowny. Ten język wystarcza, żeby wytłumaczyć wszechświat. Przecież wystarczy powiedzieć „pustynia” i człowiek już wyobraża sobie, co to jest pustynia.
Wszyscy są w stanie mnie zrozumieć. Myślę, że to rewolucja.

Rewolucja? Czy prostota jest awangardowa?
* Człowiek opowiada od początku istnienia świata tylko cztery historie – o miłości między dwojgiem ludzi, między trojgiem ludzi, o walce o władzę i o podróży.
Awangardowe jest patrzenie na teraźniejszość dzisiejszymi oczami, powrót do prostego języka, który zaginął. Pojęcie awangardy zależy od okoliczności. Dzisiaj awangardowa jest prostota.

Rozmawiała Katarzyna Bielas
Tłumaczyła z portugalskiego Grażyna Misiorowska

Jestem kobietą

Filed under: Paulo Coelho - wywiady — zakonram @ 8:04 pm
Tags: , , , , , , ,

Więzienia, narkotyki, szpitale psychiatryczne, rozwody. Paulo Coelho – dla jednych objawienie światowej literatury, dla innych bełkotliwy pseudometafizyk.

CKM: W swojej nowej książce „Weronika postanawia umrzeć” wciela się pan z powodzeniem w rolę kobiety. Jak to się panu udało?
Paulo Coelho: To bardzo proste: ja jestem kobietą! Wyglądam jak facet, ale tak naprawdę jestem kobietą. Wierzę, że każdy z nas ma w sobie coś z płci przeciw-nej. Powinniśmy nauczyć się pogodzić te dwie strony naszego ja. Męskość gwarantuje dyscyplinę, kobiecość – uczuciowość. Te teoretycznie przeciwstawne strony walczą ze sobą, ale również się uzupełniają.

CKM: Zgoda, ale w tej książce znajduję opis przeżyć, których doznaje kobieta podczas masturbacji. Nie powie mi pan, że tutaj też zagrała kobieca część pańskiego ego?
PC: Niedawno jedna z dziennikarek zapytała mnie o to samo. Odpowiedziałem pytaniem: niech mi pani powie, czy zrobiłem to dobrze? Ona na to, że sama nie potrafiłaby tego lepiej opisać!

CKM: Ma pan ciekawy życiorys. Więzienia, narkotyki, zakłady psychiatryczne… Jak pan wspomina własną młodość?
PC: Nie myślę o tamtych latach jako złych czy dobrych. W życiu potrzebne są nam różne doświadczenia. Jestem, jaki jestem i nie mam zamiaru się z tego tłumaczyć. Narkotyki… Cóż, to się zdarza. Miałem ogromne szczęście, bo wyszedłem z tego bez szwanku. Wielu moich znajomych tego szczęścia nie miało. Każdy wojownik musi mieć jakieś blizny – te są moje.

CKM: W Polsce nastolatki trzymają pańskie książki obok płyt Ricky Martina i Britney Spears.
PC: Wiem, wiem. Tak jest nie tylko w Polsce. Na całym świecie młodzi ludzie, nie tylko dziewczęta, kupują moje książki. Nie ukrywam, że sprawia mi to ogromną przyjemność. Jeśli mogę dzielić się moją duszą, to najchętniej dzielę się z młody-mi. Dla mnie to dowód na istnienie mostu między pokoleniami. Myślę, że dialog między nami może się toczyć jeszcze przez wiele, wiele lat.

CKM: Stara się ich pan czegoś nauczyć?
PC: Nie, nie sądzę. Uczymy się wszyscy razem, a ja co najwyżej mogę dzielić się z nimi swoimi doświadczeniami.

CKM: A doświadczenia ma pan bogate. Trzy żony, teraz czwarta.
PC: Uważam, że w końcu znalazłem kobietę mojego życia, l jest to historia jak z dobrego filmu – nieustające zwroty akcji, przez bite 21 lat. Jestem wciąż Z tą samą osobą, lecz czuję, że ciągle jest to ktoś inny.

CKM: A inne kobiety w pana życiu? Znam wiele pań, które z chęcią poznałyby pana bliżej. Mówiła o tym nawet Madonna.
PC: Co pan ma na myśli, mówiąc – bliżej?

CKM: Z ochotą wskoczyłyby panu do łóżka.
PC: Nigdy o tym nie słyszałem. Bez komentarza.

CKM: Jest pan jedną z najpopularniejszych osób w Brazylii. Podobno nie rusza się pan nigdzie bez osobistego ochroniarza. To chyba trochę męczące?
PC: Nigdy nie miałem ochroniarzy. Nienawidzę tych facetów. Słyszałem, że jakiś francuski magazyn coś podobnego napisał, ale się pomylił. Za ochroniarza wzięli mojego kierowcę. To zresztą dość ciekawe: on ma jakieś 160 centymetrów wzrostu i ogólnie dość mizerny wygląd (śmiech). Nie byłby w stanie obronić mnie przed kimkolwiek. Poza tym nie sądzę, by ochroniarz był mi potrzebny!

CKM: Życie gwiazdy nie bywa uciążliwe?
PC: Oczywiście, że nie. Sława pomogła mi otworzyć wiele drzwi, dala zupełnie nowe możliwości. Kiedy idę ulicą i ludzie podchodzą do mnie prosząc o autograf, czuję się bardzo milo.

CKM: Gdy był pan po raz pierwszy w Polsce, przez jakiś czas zmywał pan naczynia w jednej z warszawskich restauracji. Dlaczego?
PC: Po prostu chciałem przez chwilę zająć się czymś innym. Moje życie to czyste szaleństwo: w ciągu roku spędzam więcej czasu na podróżach niż w domu. Wtedy miałem już tego dość, chciałem jakiejś odmiany.

CKM: Czy to prawda, że trwają prace nad ekranizacją pana najsłynniejszej książki – „Alchemika”?
PC: Mam nadzieję, że nigdy nie dojdzie do realizacji tego pomysłu. Z Hollywood ciągle przysyłają mi kolejne scenariusze, które ja z uporem wyrzucam do kosza. Po pięciu latach prób uznali, że zmarnowali dość pieniędzy i na razie dali mi spokój. Byłem zbyt naiwny, gdy sprzedawałem prawa do sfilmowania „Alchemika”. To był początek mojej międzynarodowej kariery i wielu rzeczy nie rozumiałem. Kiedyś go pewnie sfilmują, ale ja nie mam zamiaru podpisać się pod tym.

CKM: Interesuje się pan Internetem. Zdecydował się pan nawet za darmo udostępnić fragmenty swoich książek na stronach www. Czy Internet nie jest zagrożeniem dla książki?
PC: Nie, wręcz przeciwnie. Dzięki Internetowi ludzie znowu coś czytają i coś piszą. Internet pozwala ci znaleźć osobę podobną do ciebie, podobnie myślącą. Świat staje się mniejszy, a ludzie zbliżają się do siebie. Przeciwnicy tego medium często mówią, że to tylko rzeczywistość wirtualna. A ja się pytam: kiedy ostatni raz rozmawiałeś ze swoim sąsiadem? Inna sprawa to możliwość zamieszczenia bez cenzury własnej opinii na każdy temat. To bardzo ważne – mieć prawo do swobodnej wypowiedzi.

CKM: Jest pan chyba jednym z niewielu żyjących pisarzy, którego książki wychodzą także w wersjach pirackich, co miało miejsce np. w Izraelu.
PC: Słyszałem o tym, ale nic mnie to nie obchodzi! Niech tym się zajmują moi agenci i wydawcy. W zasadzie czuję się dumny, że ktoś robi pirackie kopie moich książek. W niektórych krajach ma to zresztą dobre strony, np. w Boliwii – oryginał byt zbyt drogi dla czytelnika, a ukazanie się „pirata” zmusiło wydawcę do obniżenia ceny. l oto chodzi. Piraci to chyba fajni ludzie!

Rozmawiał: Jakub Malke/CKM, sierpień 2000

Zdepczesz lwa, węża i smoka

Filed under: Paulo Coelho - wywiady — zakonram @ 8:00 pm
Tags: , , , , , , ,

– W swoich książkach mówisz: miejcie oczy i uszy otwarte, podążajcie za znakami. Ale czym są znaki? Gdzie ich szukać?
– Znaki to litery alfabetu każdego z nas, dane nam, abyśmy mogli porozumiewać się z Bogiem. Moje znaki nie są takie same jak twoje. Ale to ciekawe, że ilekroć mówię o znakach, wszyscy rozumieją o co chodzi. Gdy zaczynamy uczyć się języka znaków, musimy liczyć się z tym, że będziemy się mylić, jak w trakcie nauki każdego języka. Ważne, by rozwijać w sobie intuicję, która ułatwia porozumiewanie ze światem. Gdy coś nam się przydarza mamy intuicyjne wrażenie, dokąd zaprowadzi nas nasze wrażenie, dokąd zaprowadzi nas nasze działanie. Intuicja zawsze podpowiada właściwie, tylko nie zawsze chcemy jej słuchać.

– Co może być znakiem? Spotkany człowiek, przeczytana książka?
– Wszystko może być znakiem, ale naturalnie nie wszystko jest znakiem. Gdy będziemy uczyć się odcyfrowywać znaki, staniemy się mistrzami w tej dziedzinie.

– Wyobraź sobie, że przechodzi do ciebie miody człowiek i mówi: Moje życie jest bez sensu, chcę je zmienić, ale nie wiem, od czego zacząć.
– Powiedziałbym mu: musisz zrobić pierwszy krok.

– W jakim kierunku?
– Zrób coś, co natchnie cię entuzjazmem. Każda decyzja jest bardzo indywidualna. Ale kluczem jest entuzjazm. Powiedziałbym: miej odwagę zrobić jakieś szaleństwo. Nie bój się.

Jakie były twoje znaki?
– Mnóstwo ich było.

– To może inaczej – które z wydarzeń twojego życia byty ważne, przełomowe, zmieniły cię?
– Miałem osiem lat, gdy uświadomiłem sobie, że żyję. To bardzo dziwne uczucie, myślę, że każdemu się ono przydarza. W ogrodzie, wieczorem, świecił już księżyc, a mama grała na pianinie jakiś utwór Szopena. I wtedy nagle pomyślałem – o rety ja żyję! Jestem otoczony ludźmi! To było jak wielka niespodzianka. Ważny był pierwszy pocałunek, bo wtedy zrozumiałem, że nie jestem odrzucony Przełomowa była pielgrzymka do sanktuarium w Santiago de Compostela.

– Przypomnijmy – przeszedłeś wówczas samotnie pieszo 830 kilometrów z Francji do Hiszpanii drogą średniowiecznych pątników. Co stało się na tej drodze?
– Zrozumiałem, że mądrość to nie jest gromadzenie wiedzy Mądrość to otwarcie na moment obecny. Przed pielgrzymką miałem się za intelektualistę. Myślałem, że intelektualiści to wybrańcy elita. Ale zrozumiałem, że wcale tak nie jest, że ludzie zwykli mają nam bardzo dużo do powiedzenia. Elity starają się stworzyć świat dla wybranych. W czasie pielgrzymki dokonała się we mnie ogromna zmiana. Zwróciłem się przeciw elitom. Wtedy właśnie napisałem swoją pierwszą książkę Dziennik Maga. I postanowiłem, że będę pisarzem.

– Twoje życie to gotowy scenariusz kilku filmów. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych jako hipis przemierzyłeś tysiące kilometrów. Miałeś doświadczenia z narkotykami. Byłeś buddystą. Trafiłeś do sekty satanistów, a nawet do więzienia.
– Jako młody człowiek chciałem być pisarzem. Ale rodzicie powiedzieli, żebym wybił sobie to z głowy, bo przecież nikt, prócz wielkich sław, nie żyje z literatury Upierałem się, więc na trzy lata zamknęli mnie w klinice psychiatrycznej. Miałem 17 lat. Pamiętam dzień, w którym postanowiłem stamtąd uciec i stanąć twarzą w twarz ze wszystkimi wyzwaniami. Także dzień, w którym wyszedłem z więzienia dosłownie sparaliżowany tym, co mi się przydarzyło. Powiedziałem sobie – już dosyć, muszę wrócić do normalnego życia. Dni, w których zaczynałem wszystko od nowa, było w moim życiu wiele.

– Czy w tych ważnych momentach czułeś, że jesteś kierowany, chroniony? Czy wręcz przeciwnie – czułeś, że jesteś sam?
– W każdej chwili jestem kanałem boskiej energii. Cały świat nim jest. W czasie pielgrzymki do Santiago miałem ważny sen. Mam zwyczaj modlić się słowami Psalmu 91 – podepczesz lwa i podepczesz węża. W psalmie ta parafraza wraca dwa razy Pewnej nocy śniło mi się, że deptałem lwa, węża, ale także smoka. Gdy się obudziłem, zacząłem porównywać swój sen ze słowami psalmu, w którym nie ma mowy o smoku. Tego dnia odkryłem inne tłumaczenie Biblii, w którym była mowa o deptaniu lwa, węża i smoka. A więc tłumaczenie, które miałem, było niekompletne. Wtedy zrozumiałem, że ten psalm ma dla mnie, dla mojego życia, znaczenie symboliczne.

– To byt sen mocy?
– Ochrony. Na drodze do Santiago odkryłem jeszcze coś – dotarto do mnie z całą mocą, że najważniejsze, co powinniśmy robić, to koncentrować się na tym, co tu i teraz, nie myśleć o przeszłości. Jeśli zanadto wracamy do wspomnień z przeszłości, mogą nam one zaszkodzić w teraźniejszości. Staram się czuć w sobie pustkę. Tak jest najlepiej.

– W każdym momencie możemy być czystą tablicą?
– Tak, białą kartką. Właśnie dlatego możemy się zmieniać. Jeśli natomiast jesteśmy przymocowani do przeszłości, to ona nas wiąże i nie możemy się zmienić, otworzyć na nowe. Oczywiście, że ja to jestem ja i moje przeżycia, ale nie mogę cały czas myśleć o tym, co przeżyłem,

– W wywiadzierzece, udzielonym francuskiemu dziennikarzowi Juanowi Ariasowi, mówisz dużo o ludziach, którym wiele zawdzięczasz. Co było najważniejsze życzliwość, wsparcie czy pieniądze, które od nich otrzymywałeś?
– Wszystko było ważne. Ale – jak śpiewa Pauł Mc Cartney – wszyscy potrzebujemy miłości. Najważniejsze co dostałem, to miłość, bo miłość sprawia, że się zmieniamy. Najwięcej miłości dostałem od mojej żony Christiny, z którą jestem już 21 lat. Ona jest bazą, ciągłym wsparciem. Jej miłość wyraża się w bardzo różny sposób. Gdy czuję się zagubiony, ona mówi mi właściwe stówo. Gdy staję w obliczu nieprawdopodobnego piękna, ona czuje to samo – i mam je z kim dzielić. Dzielić piękno to niezwykle ważne, bo niewielu ludzi pojmuje, czym jest piękno.

– Wiem, że jesteś hojny. Obdarowujesz innych.
– Oddaję tylko to, co dostałem – dużo dostałem, więc dużo daję. Musimy odwzajemniać dobre rzeczy.

– Wiele razy upadałeś. Czy porażki niszczyły cię czy wzmacniały?
– Wzmacniają zawsze pod warunkiem, że nie widzimy siebie jako ofiary tego zdarzenia. Przez sześć lat byłem dyrektorem artystycznym w brazylijskich filiach koncernów płytowych CBS i PołyGram. I nagle – zostałem zwolniony Pojąłem wtedy, że otwierają się przede mną nowe horyzonty, mam szansę pójść w kierunku mojej własnej Legendy – pisania. Pomyślałem: Życie daje mi kolejną szansę, a ja jej potrzebuję. Wielkie cierpienia związane z miłościami prowadziły mnie do mojej obecnej miłości, do mojej żony Gdy opublikowałem Alchemika w Brazylii, wydawnictwo nie sprzedało książki. Wydawca powiedział, że nie chce mieć z nią nic wspólnego. I wtedy znalazłem innego wydawcę – i ta współpraca w tamtym czasie okazała się bardzo dobra.

– A sukces? Zmienił cię?
Jako nastolatek napisałem wiersz, który spodobał się moim przyjaciołom. To byt sukces. Wiedziałem, że nigdy nie będę silnym fizycznie mężczyzną, sportowcem. I raptem zrobiłem coś, co spotkało się z akceptacją. Kiedyś poszedłem na stadion piłkarski, gdzie było 150 tysięcy ludzi. I uświadomiłem sobie, że płyta, na którą napisałem muzykę, sprzedała się w 150 tysiącach egzemplarzy Patrzyłem i myślałem, ile ludzi słucha mojej muzyki.

– 100 milionów ludzi przeczytało twoje książki. Jaki to rodzaj satysfakcji?
– Ten sukces otworzył mi drzwi. Mogę spotkać się z ludźmi, których inaczej nie mógłbym spotkać. Mogę udać się do miejsc, do których nigdy bym nie dotarł. I nigdzie nie czuję się obco.

– Pracujesz otoczony białymi, pustymi ścianami. W twoim domu w Rio de Janeiro prawie nie ma mebli. Dlaczego?
– Kiedyś mój dom był zupełnie inny, hipisowski, pełen rzeczy, wspomnień. Ale zrozumiałem, że chcę być pusty wewnętrznie, to znaczy oddzielony od przeszłości i przyszłości. Uważam, że nasze otoczenie powinno odzwierciedlać to, jak się czujemy w środku. Dlatego mój dom jest pusty, nie ma żadnego bałaganu. Nie ma nawet papierów. Mam komputer, więc wszystko jest na dysku.

– To pomaga w skupieniu?
– W otwarciu się, w doświadczaniu przestrzeni. I pustki. To, co najważniejsze, dzieje się teraz. Jesteśmy panami swojego losu.

Rozmawiała Renata Arendt-Dziurdzikowska/Zwierciadło sierpień 2000

Dziecko świata

Filed under: Paulo Coelho - wywiady — zakonram @ 7:55 pm
Tags: , , , ,

Małgorzata Domagalik: – Jak zareagował pan na wiadomość, że jest jednym z piętnastu najczęściej czytanych pisarzy świata?
Paulo Coelho: – Byłem porażony. Pisanie książek dla wielu czytelników staje się bowiem czymś abstrakcyjnym. Gdy czytają mnie miliony, nie może być już przecież mowy o bezpośrednim kontakcie.

– Czy przystępując do pisania, „wypreparowuje” pan zatem z tych milionów jednego czytelnika, dla którego pisze pan książkę?
– Nie, przede wszystkim piszę ją dla siebie.
– To, co jest ciekawe dla pana, będzie również interesujące dla innych?
– Takie podejście do sprawy wiąże się oczywiście z pewnym ryzykiem. Ale przecież jest nim całe życie. To są jego najbardziej interesujące rewiry. Kiedy więc siedzę przed komputerem, to – po pierwsze – mówię bezpośrednio do dziecka, które zachowałem w sobie. Pisanie książki jest dla mnie bezustannym odkrywaniem siebie. A kiedy już jestem w kontakcie z własną duszą, to dzięki bardzo dużej koncentracji nawiązuję kontakt z czymś, co uznaję za uniwersalne – z duszą moich potencjalnych czytelników.
– Ile lat ma zachowane w panu dziecko?
– Osiem. Uwielbia słuchać opowieści przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Żeby się z nim spotkać, naprawdę muszę zajrzeć w siebie bardzo głęboko. Muszę znać jego tragedie i wzniosłe momenty. Próbuję nawet w jakiś sposób nawiązać z nim fizyczny kontakt. Dlatego godzinami gram w stołową piłkę nożną. Jestem w tej grze prawdziwym mistrzem. Jestem najlepszy. A gram właśnie po to, żeby sprawić przyjemność „mojemu” dziecku.
– Pisze pan książki bardzo szybko. Czy to znaczy, że zachowane w panu dziecko jest bardzo niecierpliwe?
– Nie, niecierpliwość to przywilej kobiet. Noszę w sobie książkę i jej konstrukcję mniej więcej przez dwa lata. To swego rodzaju ciąża i dlatego poród trwa tak krótko. Kilkanaście dni.
– Czy świadomość, że jest się pisarzem kultowym, nie wywołuje poczucia presji, męczącej odpowiedzialności?
– Czuję się odpowiedzialny za to, co piszę, nie zaś za to, jak moje książki interpretują czytelnicy. Daję im całkowitą wolność. Z tego względu lubię wykorzystywać symbole. Nie tylko dlatego, że „moje” dziecko lubi metafory, lecz dlatego, że słowo powinno mieć swoje znaczenie. Każdy sam ponosi odpowiedzialność za to, co ono dla niego znaczy. Dobrze zinterpretowane jest katalizatorem przyspieszającym życiowe reakcje.
– Odnoszę wrażenie, że pana czytelnicy wierzą, iż zdobył pan jakiś monopol na wiedzę o życiu…
– To zupełna nieprawda. Mam nadzieję, że raczej postrzegają mnie jako współtowarzysza podróży. Dzielę się z nimi swoimi doświadczeniami. Bóg jest wielkim demokratą i każdemu daje możliwość poznania świata. Mój czytelnik nie powinien myśleć: „Ten Coelho wie coś więcej ode mnie”. Powinien być pewien, że tylko przypominam mu coś, o czym on sam wcześniej zapomniał.
– I wówczas odczuwa te same co inni lęki, smutki i chwile szczęścia?
– Dokładnie tak. Kiedy człowiek czuje, że nie jest sam, bardzo wiele rzeczy zmienia się w życiu. Jeśli się tego poczucia wspólnoty nie doświadczy, jest się zgubionym.
– Często kierowane są do pana pytania, co jest najważniejsze w życiu. A co w nim nie ma najmniejszego znaczenia?
– Podążanie za marzeniami innych ludzi. Społeczeństwa, rodziców, mężów i żon. Ważne jest tylko to, co nam się śni i nikomu innemu. Jeśli człowiek zdecyduje się podjąć ryzyko życia po swojemu i jeżeli nawet przyjdzie mu za to zapłacić, przynajmniej zdobędzie szacunek dla samego siebie.
– Dlaczego tak trudno jest nam to zrozumieć?
– Ponieważ wciąż niewielu ludzi w naszym otoczeniu na takie ryzyko się decyduje. Niewielu chce się wybrać w niebezpieczną podróż w głąb samego siebie.
– Pana podróż to wiele wzlotów i upadków. Trzy razy był pan w więzieniu, należał pan do grupy satanistycznej, narkotyzował się i cztery razy żenił…
– Mimo że jestem katolikiem.
– Pisze pan, iż największym kłamstwem świata jest wmawianie ludziom, że ich życie zależy od fatum, a nie od nich samych.
– Sam doświadczyłem jego niszczycielskiej siły. Chciałem być pisarzem, ale moja matka twierdziła, że się do tego nie nadaję. Początkowo jej uwierzyłem i dlatego swoją pierwszą książkę napisałem dopiero, kiedy skończyłem 38 lat. Miałem wówczas do wyboru: albo się załamać, albo wpaść w furię i osiągnąć to, o czym marzyłem.
– Koszmar, który śni się panu po nocach?
– Kiedy pracowałem w wytwórni muzycznej CBS, zaproponowano mi, bym został szefem koncernu.
– Czy to prawda, że prawie dwieście dni w roku spędza pan w podróży, promując swoje książki?
– Robię tak nie z obawy, że moje książki nie będą się dobrze sprzedawały, lecz dlatego, że życie ma tylko wtedy sens, gdy spotykamy się z innymi ludźmi. Lubię być obywatelem świata.
– Jakiego pytania nadużywa się w stosunku do pana?
– Nie mogę już słuchać: „Dlaczego zdecydował się pan na pisanie?”. Pytano mnie o to pięć tysięcy razy.
– W pana kilkusetmetrowym apartamencie w Rio de Janeiro znajduje się popiersie Dantego…
– Kocham go i podzielam jego fascynację wędrówką człowieka przez piekło, czyściec i raj. Człowiek w swoim życiu pokonuje te przestrzenie kilka razy.
– Ma pan na przedramieniu wytatuowanego motyla?
– Motyl jest symbolem zmian. Nigdy – używając przenośni – po przeobrażeniu się poczwarki w motyla człowiek nie jest taki sam.
– Jaką postać podziwia pan najbardziej?
– Jezusa.
– W jakich sytuacjach pan kłamie?
– Wszyscy kłamiemy co najmniej kilka razy dziennie i zawsze mamy na to dobre wytłumaczenie. Kiedy nie chcę powiedzieć kobiecie, że jest brzydka, mówię jej, że jest czarująca.
– Co uważa pan za swoje największe dokonanie?
– To, że w chwili załamania i frustracji napisałem książkę, co całkowicie odmieniło moje życie.
– A co jest najważniejsze w związku kobiety z mężczyzną?
– Rozmowa.
– Nie ukrywa pan, że wiele nauczył się od swej pierwszej, starszej o kilkanaście lat żony?
– Tak, nauczyłem się seksu, jeżdżenia samochodem, mówienia po angielsku. Nadal się przyjaźnimy.
– Dlaczego na pytanie, co to jest szczęście, tak często wzruszamy ramionami?
– Bo nie potrafimy się cieszyć życiem. Dla mnie synonimem szczęścia jest niedzielne popołudnie.

Rozmawiała: Małgorzata Domagalik / Wprost, 20 grudnia 2000

Lipiec 7, 2008

Andrzej Kowalski rozmawia z Paulem Coelho

Filed under: Paulo Coelho - wywiady — zakonram @ 6:42 pm
Tags: , , , ,

CO ODBIJA SIĘ W ZWIERCIADLE WSZECHŚWIATA?

Czym jest dla pana pisanie: pracą nad samym sobą, możliwością wyrażenia tego, czego nie da się powiedzieć bezpośrednio, nauczaniem?

Wieloma rzeczami naraz. Zgodzę się na pierwszą propozycję pisanie, to praca nad samym sobą. Ale w równym stopniu pisanie jest potrzebą dzielenia się z innymi ludźmi. Ciągle czymś się dzielimy: chlebem, papierosem, słowem – to jest bardzo istotne w życiu człowieka. Dla mnie pisanie jest również moją Własną Legendą, ponieważ zdecydowałeś! kiedyś, że zostanę pisarzem. Zobaczyć moją książkę wydaną w Polsce jest dla mnie czymś prawie magicznym.

Czy pamięta pan okoliczności w jakich owo marzenie o pisaniu pojawiło się po raz pierwszy ?
Doskonale zachowałem w pamięci dzień, kiedy pierwszy raz zobaczyłem moje nazwisko wydrukowane. Nie zapomnę też okoliczności, w jakich zdecydowałem, że zostanę pisarzem. Było to w tramwaju i za oknem padał rzęsisty deszcz. Powtarzałem sobie w myśli zdanie: „Lubię pisać i zostanę kiedyś pisarzem.” Poszedłem natychmiast zwierzyć się z tego matce. „Niemożliwe odpowiedziała mi. Z pisania książek nie będziesz mógł żyć.” Wiele razy później porzuciłem Własną Legendę, ale miałem ciągle przykład Jorge Amado, który żył z pisania książek. Myślałem zatem – dlaczego nie ja?

Jak pan zaczął: pisaniem nowel, poezją, dziennikarstwem?…
Wszyscy zaczynają podobnie, więc i ja napisałem dużo różnych rzeczy przed „Alchemikiem”, które wylądowały w koszu. Moją pierwsza książką jest opowiadanie o pielgrzymce. „Alchemik”, to moja druga książka. W filozoficznej bajce próbowałem wykorzystać alchemię, to znaczy zdolność jaką człowiek posiada, by umiejscowić swoje poszukiwania duchowe w świecie materialnya. Skąd taki wybór? Może dlatego, że chodziło o bajkę i jednocześnie o język, symboli, który trafia prosto do serca.

Czy sądzi pan, że pisanie jest dla pana najlepszym zajęciem w życiu?
Jako praca, tak. Pisanie, to moje własne poszukiwania duchowe, którymi staram się dzielić z innymi. Nie chcę nikogo nauczać, gdyż wiedza o życiu jeat czymś niezmiernie indywidualnym. Nie wierzę w mistrzów i w guru, bowiem każdy człowiek powinien prowadzić sam swoje wewnętrzne poszukiwania.

Czy po ukończeniu książki odnosi pan wrażenie, że coś pan utlfcił?
Absolutnie nie. Wręcz przeciwnie – zdobyłem ! Gdy kończę książkę pojawia się dziwna, całkowita pustka, ale bardzo szybko zapełnia się ona czymś innym – zrozumieniem i nowymi myślami, jakie mnie nawiedzają. Inspiracja jest właściwym słowem na określenie tego stanu. To praca sama w sobie. Istnieją takie chwile, gdy wszystko się zatrzymuje, chwile trudne, lecz one mijają i życie rusza swoim rytmem. Kiedy natomiast zamiera inspiracja, to tak jakby przyszła śmierć.

Z jakimi autorami czuje się pan związany?
Jest kilku takich, chociaż to co piszę jest dalekie od ich twórczości: Argentyńczyk Jorge luis Borges, Amerykanin Henry Miller i poeta angielski William Blake. Mam wrażenie, że często zwracam się ku tym trzem pisarzom.

W pańskich książkach temat poszukiwania Boga pojawia się bardzo często. Podobno na początku było Słowo… Sądzi pan, że pisząc człowiek idzie do przodu na drodze duchowej?
Jestem przekonany, że bak się dzieje. Pisanie jest dla mnie swoistym objawieniem, które pozwala na lepsze zrozumienie siebie samego.

Czy traktuje pan pisanie jako pewien rodzaj ofiary?
Nie. Myślę, że chodzi tu raczej o wymianę. Nie o wymianę kapitalistyczną, w której coś dajemy, aby coś innego równie wartościowego otrzymać. To dzieje się w sferze misterium.

W „Alchemiku” pisze pan, że „Jeśli czegoś gorąco pragniesz, to cały Wszechświat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu”. Ta myśl zrodziła się razem z „Alchemikiem”, czy też zawsze panu towarzyszyła?
Ta idea jest obecna we wszystkich wielkich mitach, które widzą świat jako olbrzymie zwierciadło. Wszystko co nosimy w sobie: miłość, nadzieję, pragnienia odbijają się w zwierciadle wszechświata. Ale odbija się w nim również nasz negatywizm i tak powielony powoduje, że stajemy się jeszcze bardziej sfrustrowani i zgorzkniali. Wszechświat istnieje poza tym, co zwykliśmy nazywać moralnością. Wszechświat nie rozróżnia dobra i zła. Ta myśl pojawia się w wielu tekstach mitologicznych i religijnych. Spróbowałem wyrazić ją tym właśnie zdaniem.

„Alchemik” ujawnia nam prawdy, które wydają nam się dobrze znane, ale o których zapominamy w życiu codziennym.
Oto właściwa synteza książki i jej sukcesu! Nie wymyśliłem niczego nowego i wszystkie życiowe prawdy jakie „Alchemik” wnosi są nam doskonale znane. Książka pomaga nam je na nowo ożywić, budzi nas ze snu, w jakim trwamy po to, by pójść tropem Własnej Legendy.

„Alchemik” mówi o Podróży. Czy pana zdaniem jest to najlepsze narzędzie poznania?
To jest archetyp, którym ciągle się posługujemy. W podróży obserwujemy samych siebie, ponieważ jesteśmy inni niż zwykle: zmuszeni do mówienia obcym językiem, do życia w nowych miejscach, do psługiwania się obcą walutą, do odkrywania na nowo wartości rzeczy… Ale ta uważna obserwacja świata i siebie samych powinna mieć również miejsce w „podróży codziennej”. Jesteśmy zbyt przyzwyczajeni do patrzenia jednakowo na dzień wczorajszy, jak i na ten co ma nadejść. Zapominamy o tym, że każdy dzień jest swoistym cudem. Pielgrzymka odgrywa doniosłą rolę prawie w każdym kraju i we wszelkich poszukiwaniach duchowych, ale nie należy zapominać, że ma ona miejsce również w zwykłym dniu każdego z nas,

Wędrując, wpisujemy się jakby w ruch samej Ziemi.
Myślę, że nawet całego kosmosu.

Skąd zainteresowanie alchemią?
Jeszcze z mojego pokolenia hippisów i szukania odpowiedzi na klasyczne pytania: „Po co tu jestem?” i „Dlaczego właśnie teraz?” Jak inni próbowałem wszystkiego: byłem najpierw u jezuitów, potem udałem się w podróż, stałem się buddystą, później ateistą, przynależałem do tajemnych stowarzyszeń… Ale pytania snuły się za mną niezaspokojone. Aż nagle w moim życiu pojawiła się alchemia i pomogła mi narzucić trochę dyscypliny w moich poszukiwaniach.

Pańska książka przepełniona jest symbolami alchemicznymi, alegoriami i metaforami. Stanowią one swoistą sieć powiązań, które odkrywamy często dopiero przy ponownej lekturze. Czy jest to pewien rodzaj strategii, czy rezultat zwykłego przypadku?
Chrystus powiedział, że królestwo niebieskie jest jak ma leńkie ziarno gorczycy, które siejemy w ziemi, i z którego wyrasta olbrzymia roślina, jakiej nawet nie podejrzewamy. Tak dzieje się i w życiu. Napisałem tę książkę w piętnaście dni, w sposób absolutnie spontaniczny.

Która scena w „Alchemiku” przysporzyła panu najwięcej kłopotu?
Wydawało ml się, że zapędziłem się w pułapkę, gdy chłopiec miał przemienić się w wiatr. To mogło przecież zniszczyć całą książkę, ale scena napisała się sama…

Czy teraz, poświęcając więcej czasu napisałby pan lepiej „Alchemika”?
Na pewno gorzej.

Czy istnieje jakiś szczególny powód, dla którego bohater książki jest Hiszpanem, a akcja toczy się w Afryce?
Tak, spisek świata. Hiszpania i Afryka dla brazylijskiego chłopca pozostaną zawsze w sferze marzeń. To tam zamieszkuje baśniowość i tajemnica. Z miejscami rodzinnymi pozostajemy w związku na tyle intymnym, że trudno jest o nich pisać.

W ilu krajach można czytać „Alchemika”?
W pięćdziesięciu sześciu.

Czy jest kraj, gdzie „Alchemik” nie odniósł sukcesu?
W Danii. Wciągu trzech miesięcy sprzedano zaledwie 288 egzemplarzy. Nie wiem dlaczego tak się dzieje. Będę chyba musiał pojechać tam i sam to odkryć.

Czy sukces męczy?
Sukces zmienia życie, choć są chwile, w których można czuć się zmęczonym. Sukces, to głównie spotkania z ludźmi, a one są największym cudem, jaki Šzyni dla nas życie.

Rozmowę przeprowadził i przetłumaczył
Andrzej Kowalski

W ślad za znakami

Filed under: Paulo Coelho - wywiady — zakonram @ 6:32 pm
Tags: ,

(Zwierciadło październik 1999) Światowy rozgłos „Alchemika”, opowieści o chłopcu-pasterzu, który podąża śladem swych marzeń, uczynił jej autora jednym z najpoczytniejszych pisarzy końca naszego wieku. Czy to w Polsce, czy w Stanach Zjednoczonych na spotkania autorskie z Paulem Coelho przychodzą tłumy czytelników spragnionych choćby krótkiej z nim rozmowy.

– Dla czytelników pańskich książek stał się pan mistrzem rozwoju duchowego, swoistym guru. Czy ma pan siłę sprostać temu oczekiwaniu?
– Z moimi czytelnikami dzielę się jedynie doświadczeniem. Nie próbuję tłumaczyć im wszechświata. Nie mówię, co oznaczają znaki, omeny. Nie udzielam nauk. Jestem po prostu dobrym kompanem, ale na pewno nie mistrzem. Jestem starszym bratem, ale nie guru.

– Czy to znaczy, że pisze pan dla każdego, a nie tylko dla tych, którzy już wiedzą, co w życiu jest ważne?
– Mam nadzieję, że moje książki o zwykłych ludziach są dla zwykłych ludzi. Uważam, że te, które próbują czytelnika ukierunkować, są niebezpieczne dla naszej drogi duchowej. Moje książki są tylko dzieleniem się przeżyciami. Nie wierzę w gromadzenie wiedzy. Dla mnie wartością jest objawienie, ujawnianie rzeczy nowych. Wierzę w odkrycia, w otwieranie się na nowe, nieznane. Ponad wszystko w to, że życie jest przygodą, czymś niespodziewanym. Wierzę w akt wiary, w mówienie sobie „jestem gotowy”, mówienie „wiem”, nawet jeśli nie wiem. Tak jak napisałem w „Alchemiku”, cały wszechświat pomaga nam, kiedy gotowi jesteśmy iść naprzód. Jeśli otworzymy się i uwierzymy, że coś jest możliwe, tak się stanie. By żyć pełnym życiem, nie musimy trzymać się kurczowo utartych szlaków. Nie wolno ślepo podążać za tymi, którzy uważają się za mądrzejszych od nas, za mistrzów, guru. Tymi, którzy sądzą, że wiedzą więcej od nas. W ten sposób pozbawiamy się odpowiedzialności za nasz własny los. Jesteśmy wystarczająco silni, by sami poradzić sobie z nieznanym. Ufajmy przede wszystkim sobie.

– Jak długo dojrzewało w panu pragnienie, by zostać pisarzem?
– Kiedy pierwszy raz pomyślałem o pisaniu, bytem przerażony Bałem się, że jest to niemożliwe. Minęły lata, zanim zrozumiałem, że jesteśmy na Ziemi po to, by realizować swoje marzenia. Mimo że często płacimy za to wysoką cenę, i to niezależnie od tego, czy osiągamy sukces, czy ponosimy porażkę. Zadebiutowałem, mając 38 lat. Dziwiono się, jak to możliwe. Jak widać, wszystko jest możliwe. Możemy zrobić, co chcemy Przeszkodą jest tylko to, że za bardzo liczymy na innych, podpieramy się innymi. Szukamy wymówek, wmawiamy sobie, że nie umiemy czegoś zrobić. Przełomem w moim życiu był rok 1986. Odbyłem wówczas pielgrzymkę do sanktuarium Santiago de Compostella w Hiszpanii, gdzie od wieków ciągną rzesze chrześcijan. Mistyka tego miejsca wywołała we mnie taki wstrząs, że musiałem to opisać. Dzięki temu w 1987 r. pojawiła się moja pierwsza książka. „Pielgrzymka”.

– Co pan wtedy czuł?
– Stanąłem oko w oko ze swym przeznaczeniem. Zdawałem sobie sprawę, że mogę ponieść porażkę, i byłoby to na pewno bolesne i gorzkie. Wiedziałem jednak, że to, co zrobiłem, było wyłącznie moim świadomym wyborem. Wybrałem walkę i – jak nazywam ją w „Pielgrzymce” – była to dobra walka. Dziękuję dziś Bogu, że dokonałem takiego wyboru, że się w ogóle odważyłem.

– Nie bał się pan, że może być złym pisarzem? Nie znaleźć wydawcy, czytelników?
– Oczywiście, uwzględniałem to. Moja pierwsza książka nie była sukcesem. Nawet „Alchemik” nie sprzedawał się dobrze na początku. Pierwszy wydawca w Brazylii zerwał ze mną kontrakt, ponieważ książka nie przynosiła mu dochodu. Ale wszechświat robił wszystko, żeby mi pomóc i wierząc w to nie przestałem pisać. Byłem uparty, zdecydowany. Dlatego mi się udało. „Alchemika” najpierw wydano w Hiszpanii, po dwóch latach w USA. Pomogła mi w tym wtedy dwudziestoletnia osoba. Nie miała w ogóle doświadczenia, ale była uparta i konsekwentna w tym, co robiła. I udało się. Monica Antunes z Hiszpanii, bo o niej tu mowa, została moją agentką. To, że ją spotkałem, też było znakiem, a może nawet cudem. To, że jestem popularny, na pewno jest cudem. Cudem bowiem jest wiedzieć, że nie jestem sam ze swoimi myślami.

– Druga pańska książka, „Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i plakatom”, opowiada o trudnej miłości. Dlaczego tak trudnej?
– Chciałem przedstawić miłość ziemską, która prowadzi do miłości boskiej. Pokazać, że można akceptować każdą miłość, która do nas przychodzi. Bywa, że czujemy się winni, kiedy jest to miłość inna od akceptowanej powszechnie. A przecież każda jest nam potrzebna do równowagi w życiu. Pamiętam, że kiedy pisałem „Na brzegu rzeki Piedry…” stawałem się Pilar. Przepełniony jej miłością. Była mi tak bliska, że odważyłem się pokazać ją żonie dopiero po ukończeniu książki. Nie chciałem by oceniała ją zbyt wcześnie.

– Podobno napisał pan tę książkę w ciągu dwóch tygodni?
– To prawda, pisałem ją piętnaście dni. Niektórzy, aby napisać książkę, muszą pojechać w spokojne miejsce, nad jezioro czy w góry Ja muszę być w centrum życia, w środku mojego zwykłego dnia, gdzie obok jest moja żona, sekretarka, setki przychodzących faksów. Wtedy wiem, że niezwykła magia dotyka mojej książki, że nie jest odizolowana od rzeczywistości. Zawsze kiedy chcę pisać, jadę do Brazylii, bo tylko tam mogę tworzyć. We własnym domu, we własnym biurze. Piszę szybko, ale książka dojrzewa we mnie przez dwa lata. Nie znaczy to, że myślę o niej nieustannie. Wiem jednak, że jest, że istnieje. Czeka tylko na odpowiedni moment, by ukazać się w całej postaci. Nie robię notatek, ponieważ jestem pewien, że ważne rzeczy pozostaną we mnie, a odejdą te nieważne. Jedyną czynnością, jaka pozostaje mi na koniec, jest wystukanie wszystkich słów na komputerze.

– Ciągle pan podróżuje. Co pana tak goni po świecie?
– Nauczyłem się podróżować dawno temu, jeszcze jako hippis, i za małe pieniądze. Dziś oczywiście podróże służą głównie promocji książek, ale dla mnie najważniejsze jest doświadczenie, jakie czerpię z tych podróży Manifestacją tego doświadczenia są moje książki. Wielu ludziom pomogły one inaczej spojrzeć na świat. Znaleźć w sobie odwagę, by poszukiwać.

– Czego pan szuka? Czy do duchowej wędrówki nie wystarcza religia?
– Wychowałem się w katolickiej rodzinie. Chodziłem do szkoły prowadzonej przez jezuitów, którzy znani są z twardych reguł. Już sam ten fakt wystarcza, aby odsunąć się od religii. Uczęszczanie do katolickiej szkoły jest najszybszą drogą do utraty wiary Kiedy skończyłem naukę, zdecydowałem, że muszę poszukać czegoś innego. Moja duchowa droga była dla mnie bardzo ważna. Zacząłem próbować – poznałem inne religie, sekty, tajemnicze ugrupowania. Wiele podróżowałem, aż zrozumiałem – przede wszystkim po pielgrzymce do Santiago de Compostella – że religia, którą mamy we krwi, jest najważniejsza, najistotniejsza. Powróciłem do Kościoła katolickiego. Uczęszczam na msze święte i zawsze noszę przy sobie wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej, który dostałem od kogoś jeszcze w Brazylii. Uważam jednak, że duchowa droga nie ma nic wspólnego z religią. Rozwój duchowy jest naszą odpowiedzialnością i musimy ją podjąć. Tylko od nas zależy, jaką drogę odbierzemy. Nie wolno przy tym zapominać, że Bóg zawsze nas prowadzi, bez względu na to czy rozumiemy to czy nie.

– Większość z nas podąża utartymi szlakami, bo tak łatwiej w życiu, bezpieczniej…
– Na szczęście są wśród nas tacy, którzy nie szukają łatwych dróg, mają odwagę zrobić coś nowego, innego. Potrafią odczytać znaki jakie im daje Bóg, i idą śladem tych znaków. Są jak rzeka. Nic nie jest w stanie ich zatrzymać. Akceptują wszelkie zmiany i nigdy nie tracą z oczu celu swej wędrówki.

Na zakończenie spotkania Paulo Coelho napisał mi na egzemplarzy swojej książki: Follwo the omens – podążaj za znakami.

Rozmawiała Iwona Hoffman

Rozmowa Paulo Coelho i Wojciechem Eichelbergerem

Filed under: Paulo Coelho - wywiady — zakonram @ 6:23 pm
Tags: , ,

O związkach literatury i psychoterapii.

Paulo Coelho, ur. 1947 r., w Rio de Janeiro, autor „Alchemika”, światowego bestsellera przetłumaczonego na 39 języków. Polskiemu czytelnikowi znana jest również jego powieść pt. „Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam” oraz wydana ostatnio „Piąta Góra”. Książki brazylijskiego pisarza są utrzymane w poetyce baśni. Opowiadają o tym, że każda życiowa klęska może oznaczać zwycięstwo, bo nic tak nie ubogaca, jak pokonywanie trudności. Coelho codziennie otrzymuje wiele listów z podziękowaniami od czytelników, którym jego książki przyniosły pomoc i ukojenie.

Wojciech Eichelberger, ur. 1944 r., psycholog, psychoterapeuta. Od ponad 20 lat prowadzi psychoterapię indywidualną i grupową oraz treningi umiejętności psychologicznej. Jest współzałożycielem warszawskiego Laboratorium Psychoedukacji. Swoim pacjentom zaleca m.in. lekturę „Alchemika”. Sam również wydał kilka książek, m.in. „Jak wychować szczęśliwe dzieci” czy nominowany do nagrody Nike esej pt. „Kobieta bez winy i wstydu”. Najnowsza pozycja to „Zdradzony przez ojca”. Eichelberger prowadzi telewizyjny program „Okna”, w którym ostatnio gościł Paulo Coelho.

„Polityka”: Na czym polega podobieństwo pracy terapeuty i pisarza? Czy są to zajęcia tak samo twórcze? Tak samo odpowiedzialne?

Paulo Coelho: Mój kontakt z odbiorcą jest pośredni. Docieram do niego poprzez druk, nie widzę go. Mam jednak świadomość, że moje słowa trafiają do czytelnika i czasem zaczynają działać. Wierzę w potęgę języka i jestem odpowiedzialny za każdą linijkę mojej książki. Nie mogę jednak kontrolować procesu interpretacji. Moja odpowiedzialność kończy się z ostatnim napisanym i sprawdzonym przeze mnie zdaniem.

Wojciech Eichelberger: Książki mogą być częścią pracy z drugim człowiekiem. Oczywiście istotą terapii jest autentyczne doświadczenie, nie przeżycie czytelnicze. Tu zaczyna się moja rola jako psychologa, czyli kogoś, kto bardziej słucha, niż mówi. Książka Paula może być w tej pracy wielką inspiracją. Ja jednak muszę brać odpowiedzialność nawet za ewentualne interpretacje pacjentów dotyczące tego, co robię i mówię w czasie sesji terapeutycznej.

P.C.: Moja sytuacja jest bardziej komfortowa. Chciałbym, aby moim powieściom przypisywano jedynie rolę katalizatora pewnych procesów duchowych. Książka sama w sobie nie może czegokolwiek zmienić.

W pana książkach nie ma narracyjnych eksperymentów, wielowątkowej fabuły, obszernej charakterystyki postaci. Czytając te powieści nie widzi się trudu autora-architekta. „Alchemika” napisał pan w 15 dni, a właśnie wydaną w Polsce „Piątą Górę” – w 23…

P.C.: A cóż to jest literatura? Spytajmy 100 krytyków, a każdy da nam inną odpowiedź. Dla mnie literatura to jedna z wielu dróg dzielenia z innymi tego, co się posiada wewnątrz. To sztuka podróży w głąb siebie. Niejednokrotnie porównywałem pisanie książek do porodu. Musi być szybkie, bo jeśli nie ma końca, umiera i matka, i dziecko.

Obu panów jako autorów cechuje postawa afirmacji kobiecości. To właśnie głównie czytelniczki stanowią najwierniejszy krąg odbiorców. Czy to jakaś odmiana męskiego feminizmu?

W.E.: Jestem bardzo wrażliwy na to, co zwykło się nazywać żeńską częścią Wszechświata. Podzielam pogląd, że dla utrzymania globalnej równowagi tak samo potrzebne nam jest to, co męskie, i to, co kobiece. Nie chodzi tu oczywiście o prostą różnicę płci. Uważam, że wszyscy mężczyźni powinni próbować rozwijać swoją „kobiecą” stronę duszy.

P.C.: Do mnie samego bardzo późno dotarło, że jest we mnie pierwiastek żeńskości. W książce „Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam” próbuję zmierzyć się z kobiecym sposobem odbierania świata – kobiecym miłosierdziem, współczuciem, intuicją. Wcielam się w moją bohaterkę, Pilar, opowiadam jej historię i próbuję w niej rozpoznać siebie.

Natomiast w „Alchemiku” opowiada pan historię chłopca, który trafia do wspaniałego pałacu. Musi dopilnować, żeby nie uronić ani kropli oliwy ze srebrnej łyżeczki. Takie zadanie powierza mu gospodarz. Chłopiec jest tak pochłonięty jego wykonywaniem, że zupełnie nie zwraca uwagi na otaczający go przepych. Właściciel zamku zachęca go do wycieczki po posiadłości. Niestety, podziwiając wytworne komnaty, młodzieniec rozlewa oliwę…

P.C.: I to jest właśnie alegoria niedoskonałości poznawania jednostronnego: kiedy za bardzo się na czymś skupiamy, po drodze umyka nam wiele cennych rzeczy.

W.E.: „Alchemik” zawiera wiele celnych metafor. Niektóre z nich wykorzystuję w pracy, zwłaszcza w pracy z kobietami. Książka pokazuje, że odnalezienie siebie wymaga pokonania wielu trudności. Nie wolno nam się poddawać. To normalne, że na drodze spotykamy zarówno mistrza, od którego się uczymy, jak i złodzieja czy oszusta.

P.C.: Ale skarbu nie zdobywa się w pojedynkę. Santiago, bohater mojej książki, odkrywa, że osiągnie to tylko z Fatimą.

W.E.: Tak jak w filozofii taoistycznej: siły yin (męskie) i yang (żeńskie) muszą być doskonale zharmonizowane. Równowaga tych sił jest podstawą kosmicznego porządku, który przekłada się zarówno na sferę społeczną, polityczną, jak i na życie wewnętrzne każdego człowieka.

A więc literatura miałaby być jedynie środkiem przywracającym czytelnikowi poczucie harmonii?

P.C.: Cały czas powtarzamy słowo „harmonia”. Chciałbym je uzupełnić pojęciem „konfrontacji”. W naturze wszystko dzieje się na drodze nagłego zderzenia. Wierzę, że jednym z naszych podstawowych doświadczeń jest to, że spotykamy innych ludzi. Dlatego tak wiele miejsca w moich książkach zajmują przygodni towarzysze, przybysze znikąd, którzy nagle się pojawiają i równie nagle odchodzą.

W.E.: Dlatego musimy być bardzo otwarci. Musimy chcieć odbierać te lekcje, na które zaprasza nas życie. Naszymi nauczycielami mogą być bardzo różni ludzie.

Nauczyciele, o których pan mówi, a Paulo Coelho pisze, niezbyt interesują się sferą intelektu. Polskie wydanie „Alchemika” opatrzone było hasłem: Nie czytaj tej książki rozumem, ona trafia prosto do serca.

P.C.: Jedną z bardziej trafnych odpowiedzi na podobne pytania zawarłem w książce „Na brzegu rzeki Piedry”: „Mądrość ludzi jest szaleństwem w oczach Boga. Jeśli posłuchamy głosu dziecka, które mieszka w naszej duszy, oczy nasze znowu nabiorą blasku”.

Całkowicie odrzuca pan racje rozumu?

P.C.: To za mocno powiedziane. Odrzucam jedynie monopol intelektu, jego dominację.

W.E.: Często mylimy intelekt z ukrytymi uprzedzeniami, pochopnymi sądami. Są one głęboko zakorzenione w naszym umyśle i rzutują na nasze widzenie świata. Wierzymy naszym uprzedzeniom, idziemy za ich głosem, bardzo trudno je nam zakwestionować. Prawdziwy intelekt to wspaniałe narzędzie. Możemy mu powierzać rozmaite łamigłówki i oczekiwać na zaskakujące rozwiązania, by następnie przekazać je intuicji. Bez intuicyjno-emocjonalnego etapu trudno wyobrazić sobie prawdziwe pokonanie trudności. Buddyzm traktuje intelekt jako kolejny zmysł, podobny do słuchu czy węchu, czyli kanał dostarczający nam jedynie fragmen-tarycznych i swoiście zniekształconych informacji o świecie. Intuicja natomiast jest czymś znacznie głębszym, związanym nie tyle z mózgiem, co z sercem.

W wypowiedziach obu panów pojawiają się elementy filozofii Wschodu. W książce „Kobieta bez winy i wstydu” pana Eichelbergera znalazłam deklarację sympatyzowania z buddyzmem.

W.E.: Buddyzm bardzo mnie inspiruje. Uważam jednak, że połączenie mądrości płynącej z chrześcijaństwa z wiedzą Wschodu bywa niezwykle pouczające.

P.C.: Studiowałem Zen przez wiele lat. Szczególnie bliski jest mi sposób, w jaki ta religia zwraca się do człowieka. Te wszystkie metafory, legendy i znaki stwarzają głęboką przestrzeń symboliczną, w której ja bardzo dobrze się czuję.

Krytycy często dopatrują się w książkach Coelho myślenia właściwego Nowej Erze. Na przykład Knut Tore Breivik napisał: „nie ma wątpliwości, że świat duchowy, który Coelho przedstawia, to świat z etykietką New Age”. Czy pana to oburza?

P.C.: Może trochę. New Age jest jak wielki worek, w który rozmaici eseiści i publicyści starają się wrzucić to wszystko, co wymyka się ich kategoryzacji. Nie jestem typowym przedstawicielem New Age z kilku powodów. Po pierwsze piję alkohol i jem mięso. Rozumiem wegetarian, ale tylko tych, którzy stali się nimi z wyboru. Argument, że jedzenie mięsa jest grzechem, wydaje mi się idiotyczny. Jestem zupełnie normalnym człowiekiem. Wyznawcy New Age dążą do głębokiego oczyszczenia – cielesnego i duchowego, ograniczają kontakty z innymi ludźmi. Mnie jest to zupełnie obce.

Niemniej jednak w swoich książkach opisuje pan nowy typ doświadczenia duchowego. To nie jest po prostu realizm magiczny, z którym zwykliśmy kojarzyć pisarstwo Ameryki Południowej.

P.C.: Nowy punkt widzenia to niekoniecznie punkt widzenia Nowej Ery.

W.E.: Ja z kolei dodałbym, że on wcale nie jest nowy. To bardzo stary punkt widzenia. Jest bowiem tylko jedno doświadczenie duchowe, które można nazwać uniwersalnym. Paulo Coelho świetnie je opisuje i dlatego jego książki są kupowane na całym świecie przez wyznawców najróżniejszych religii. Nieważna jest tradycja, z którą owo doświadczenie się styka, tak jak nieważne są dekoracje czy metafory. O czym ludzie najchętniej czytają? Oczywiście o sobie.

Chcą powiedzieć: właśnie znalazłem to, co od dawna przeczuwałem, ale nie potrafiłem ubrać w słowa…

P.C.: Dokładnie! Teraz wy powiedzieliście to, o czym sobie myślałem. Niczego nie tworzę, ani nie odkrywam. Jestem tylko tłumaczem. Tłumaczem doświadczenia.

W pana tłumaczeniu znalazłam mnóstwo cytatów z Biblii i innych świętych ksiąg.

P.C.: Myślę, że te cytaty pomagają czytelnikowi w skupieniu, wprowadzają go w kontemplacyjny nastrój. Słowa, które przytaczam, pochodzą z różnych miejsc, ale prowadzą do jednego.

W.E.: Jeśli uwierzymy, że wszystkie święte księgi pochodzą ze wspólnego doświadczenia duchowego, to nie powinniśmy mieć oporów przed wczytywaniem się w to, co one nam mówią. To tak jak wyciągnięte w kierunku Księżyca palce jednej ręki – każdy z nich jest inny, ale przecież wskazują na to samo. To chyba dobra metafora.

A czy istnieje jakaś trafna metafora charakteryzująca stan ducha ludzi pod koniec XX wieku?

P.C.: Moim zdaniem najlepsze będzie porównanie obecnej sytuacji do bycia na skrzyżowaniu albo rozdrożu. Jest tyle możliwości, tyle dróg. Ciągle powstają nowe, których wcześniejsze pokolenia nie znały.

W.E.: Stajemy się coraz bardziej świadomi. Informacyjna rewolucja mocno pobudziła nas do refleksji nad światem, który nagle stał się taki mały. Istnieje niebezpieczeństwo, że wielu ludzi, mając wszystko za monitorem komputera, po prostu zamknie się w sobie.

P.C: Elektroniczne drogi prowadzą przez cały świat – nigdy wcześniej nie mogło być mowy o takiej globalizacji. Niestety brakuje nam przewodników. Jest w nas coraz mniej wiary i ufności. Pozostaje mieć nadzieję, że mimo wszystko się nie zgubimy.

Rozmawiała Maja Wolny

Lipiec 1, 2008

Wywiad Stephana Capena

Filed under: Paulo Coelho - wywiady — zakonram @ 9:40 am
Tags: , ,

(Wywiad z roku 1995) Paulo Coelho: Hmm… Pierwszy raz byłem w San Francisco na początku lat siedemdziesiątych. Przemierzałem wtedy Amerykę jako hippis. Cóż, zacząłem tę podróż z dwustoma dolarami w kieszeni, skończyłem w Mexico City z połową tej kwoty i było to fantastyczne doświadczenie, bo nie umiałem wtedy w ogóle mówić po angielsku. Przemierzyć cały kraj pomogła mi solidarność, panująca wtedy pomiędzy młodymi ludźmi.

– Tak więc, kiedy zaczął pan pisać, i co było tego przyczyną?

Cóż, moim marzeniem zawsze było zostać pisarzem, ale kiedy pewnego razu powiedziałem o tym mojej matce, odrzekła: „Oczywiście, że możesz pisać książki, tylko najpierw skończ szkołę prawniczą, zostań prawnikiem, i wtedy (mówiła śmiejąc się) będziesz mógł pisać w wolnym czasie”. I tak właśnie zrobiłem, bo czasami człowiek czuje się bardzo niepewny co do swojej przyszłości. Kiedy jednak narodził się ruch hippisowski, dało mi to siłę by rzucić wszystko, zostawić szkołę i zacząć realizować moje marzenie. Pierwszą książkę napisałem jednak dopiero w roku 1986, była to „Pielgrzymka” (The Pilgrimage). Przedtem pisywałem dla telewizji, gazet, a nawet teksty dla bardzo popularnych w Brazylii piosenek rockowych. Ale tę pierwszą książkę napisałem mając prawie 38 lat. Teraz mam 48. [wywiad z roku 1995]

– Co motywuje pana do pisania? Co pana inspiruje? Do czego pan zmierza w swojej twórczości?

W pewnym sensie, próbuję podzielić się z moimi czytelnikami własnymi wewnętrznymi poszukiwaniami. To jest moja duchowa wędrówka. Nie zamierzam niczego uczyć, nie zamierzam wyjaśniać niczego o wszechświecie, nie wierzę zresztą w takie wytłumaczenia. Mam jednak coś, czym mogę się podzielić – to, jak ja doświadczam tej dziwnej i czasami bardzo zwodniczej ścieżki. Jest to obecne we wszystkich moich książkach – w „Pielgrzymce” np. jest to moja podróż do Santiago del Compostella. Szedłem z Francji do Hiszpanii 56 dni, i właśnię moją podróż tą starą, uświęconą drogą opisuję w książce.

„Alchemik” to bajka o potrzebie podążania za własnymi marzeniami. W „Valkiriach” (The Valkyries) dzielę się przeżyciami z 40-dniowego pobytu wraz z moją żoną na pustyni Mojave. Co mnie najbardziej zaskoczyło to to, że książka ta odniosła światowy sukces – w sumie wszystkich sprzedałem ponad 10 milionów egzemplarzy, choć część nie została jeszcze nawet przetłumaczona na język angielski. Doszedłem więc do wniosku, że nie jestem sam, że jest wielu ludzi, których to samo absorbuje, którzy mają takie same pomysły, ideały i tę samą potrzebę poszukiwania sensu życia.

– Czy uważa pan, że w świecie, w którym żyjemy, istnieje jakiś rodzaj nadrzędnej, duchowej więzi?

Myslę, że stajemy się coraz bardziej świadomi wagi duchowości, poprzez przykładanie większej uwagi do własnego wnętrza, do tej więzi, która każdego pojedynczego dnia łączy nas z duszą świata. Mamy do dyspozycji język omenów, język znaków. Ten alfabet jest przeznaczony dla nas. Jeżeli nie będziemy bali się popełniać błędów, jeśli będziemy odbierać znaki jako ostrzeżenia, jako pomoc do przeżycia tego konkretnego dnia, coraz bardziej i bardziej bedziemy się zagłębiać w duszę świata. Nie po to, by odnaleźć sens życia, bo wierzę w tajemnice i wierzę, że istnieje tajemnica, której rozwiązanie sięga poza nasze zrozumienie. Ale choćby po to, by dowiedzieć się, że jest tu dla nas coś do zrobienia i że powinniśmy to zrobić.

– Istnieje więc inny świat, do którego ludzie naprawdę powinni przywiązywać wagę, inny niż ten przyziemny, który mamy przed oczyma: zbyt wiele pracy, zby wiele odpowiedzialności, zbyt wiele komplikacji w życiu wielu z nas. Ale, czy przyszło panu kiedyś do głowy… Chodzi mi o to, że pański „Alchemik” jest niewiarygodnie popularny na całym świecie. Czy przyszło więc panu kiedyś do głowy, że gdyby każdy zaczął do tego innego świata przywiązywać wagę, rozpadły by się rodziny, a ludzie potraciliby pracę by szukać odpowiedzi na tego rodzaju pytania?

Tak. Straciliby pracę, pojawiłyby się przed nimi problemy, ale taki jest jedyny wybór jeśli chce się płacić cenę za marzenia. Z drugiej strony, nie rozdzielałbym od siebie świata przyziemnego i duchowego. Alchemia jest sztuką realizowania w tych światach wszystkich naszych duchowych poszukiwań, i dlatego łączyłbym je raczej niż separował. To, czego oczekuję, to żebyśmy byli wystarczająco odważni, by porzucić pracę i złamać pewne schematy, a wtedy, po przezwyciężeniu trudności, zrozumieny, że jest w tym sens, i że wszechświat działa, by zebrać wszystkie kawałki tej układanki w jedność poprzez dawanie nam wskazówek, jak realizować własne przeznaczenie. Nie należy jednak oczekiwać, że to będzie bardzo łatwa droga. Podobnie jednak przeszkody tkwią także na drodze tego, który nie idzie za głosem własnych marzeń. Cena za kurtkę, która ci pasuje, jest taka sama, jak za tę, która jest okropna i ci nie pasuje, jak i za tę, która okazuje się być za duża. By wszelkie trudy miały sens, musimy być przygotowani, że marzenia mają swoją cenę. Z drugiej jednak strony, jeśli nie realizujesz własnych marzeń, trudność jest tylko trudnością, przeszkodą, i nie niesie ze sobą żadnego sensu.

– Niewiele jest już chyba osób, które nie czytały „Alchemika”, niemniej żeby nie zdradzać zakończenia – bohater tej powieści odbywa swą duchową podróż. Wyposażył pan swoją książkę w świetny dowcip i humor, jak i wezwanie do odwagi na tej drodze – ale na końcu jest zabawny zwrot akcji, który rozwiązuje całą historię. Nie wiem, czy uda nam się to przedyskutować bez wyjawiania szczegółów. Ale pański bohater musi stawić czoła tylu trudnościom, pokonać tyle przeszkód i spełnić tyle wymagań, by skończyć w miejscu, w którym zapewne skończyć się nie spodziewał.

Dokładnie! Jednak, nawet jeśli wszystko czego potrzebujesz jest blisko ciebie, musisz wysilić się, by to zdobyć, bo droga na skróty nie istnieje. Ja również nie chciałbym wyjawiać końcówki, bo jest ona bardzo ciekawa, w każdym razie ten pasterz – a każdy z nas jest takim pasterzem – musi porzucić rzeczy, do których jest przyzwyczajony i, poprzez podróż, odkrywa nowego siebie. Poznaje własne zdolności i możliwości i w ten sposób ucieka przed rutyną. Nie twierdzę, że nie można odkryć wszechświata poprzez powiedzmy codzienne powtarzanie tej samej pracy – można. Ale można też oślepnąć, widząc każdy dzień podobny do poprzedniego. Każdy dzień jest inny, każdy przynosi cud samego siebie. To tylko kwestia zauważenia tego. Jeśli to nam się uda, uda się też odkryć wskazówki do poznania własnego przeznaczenia, nawet jeśli będziemy codziennie wykonywać najnudniejszą z prac.

– Czy pańska nowa książka, „Valkirie” (The Valkyries), jest w jakiś sposób cd. „Alchemika”?

Nie. „Valkirie” i „Pielgrzymka” są książkami opartymi na faktach. Ich treść ma związek z zadaniami, które sam sobie stawiam w poszukiwaniu własnej drogi, i próbuję je wypełniać. Próbuję też unikać niebezpieczeństwa przyzwyczajenia się do tego, co mnie otacza. „Valkirie” mówią właśnie o jednym z takich zadań. Pojechałem z moją żoną na pustynię Mojave w 1988, by osiągnąć kontakt duchowy z aniołami. Czasem nie udaje nam się być tak dobrymi, jak powinniśmy, ale to nie może zawrócić nas z drogi ciągłych poszukiwań. Musimy zaakceptować siebie takimi, jacy jesteśmy, i zamiast się martwić, dążyć do doskonałości, pracować nad tym. Jest we mnie wiele rzeczy, które trzeba by nazwać niebyt poprawnymi politycznie, ale nie wstydzę się podążać tą ścieżką i wiem, że w jakiś sposób, Bóg rozumie to, co robię. To dla mnie bardzo ważne. Musimy zawsze mieć na uwadze to, że ktoś nas obserwuje. Nawet jeśli nie rozumiemy do końca tego, co robimy, ma to swoje znaczenie.

– Bezpiecznie jest powiedzieć, że być może tylko Bóg rozumie nasze poczynania i ścieżkę, która dla nas ma sens.

Tak. Nawet, jeśli my nie rozumiemy, że On rozumie! (śmiech) , że zwraca na nas uwagę. Ale to On sprawuje władzę nad duszą świata. Kiedy jest On, wszystko zaczyna nabierać sensu. Nie należy więc wstydzić się modlitwy i prośby o pomoc do niebios. Czasem próbujemy zachowywać się bardzo dorosło, i nie pamiętamy, że Jezus Chrystus powiedział przecież: królestwo niebieskie należy do dzieci. Musimy więc odnaleźć w sobie dziecko, by móc czuć się zaskoczonymi doświadczeniem zwykłego dnia, zachodu słońca, nocą, księżycem. Będąc dziećmi, możemy doświadczyć prawdy o życiu.

– Czy ma pan ulubioną część „Alchemiku”? Czy jest jakiś rozdział czy fragment, który najwięcej dla pana znaczy?

Tak, był taki moment kiedy „Alchemika”, kiedy myślałem, że wpadłem w pisarską pułapkę, bo na dobrą sprawę napisałem tę książkę w piętnaście dni. To jednak nie było piętnaście dni, lecz trzydzieści dziewięć lat i piętnaście dni. Był taki fragment, gdy chłopiec musi przemienić się w wiatr, i kiedy do tamtąd doszedłem, nie wiedziałem jak zakończyć tę część książki. Ale  książka napisała się sama. To nie jest może moja ulubiona część, ale pamiętam ten dzień tak wyraźnie jakby to było dzisiaj – najtrudniejszy moment w pisaniu, i że wszechświat zadziałał tajemnie, by móc mi pomóc.

– Chciałby pan teraz przeczytać ten fragment z książki?

Dobrze. Jest to ten moment, gdy chłopiec dotarł do celu i musi przemienić się w wiatr. Cała powieść jest bardzo realistyczna, poza tym właśnie momentem. Próbuje zjednoczyć się z naturą. Przeczytam dalszy ciąg:

Chłopiec spojrzał na horyzont. W dali dostrzegł góry, wydmy, skały i rośliny, które uparły się, by żyć tam, gdzie życie wydawało się niemożliwe. To była pustynia, po której wędrowal tyle miesięcy. Mimo tak długiego czasu, znał tylko małą jej część. Poza tą małą częścią, poznał Anglika, karawany, wojny między plemionami i oazę z pięćdziesięcioma tysiącami palm i trzystoma studniami.

„Czego chcesz tu dzisiaj?”, zapytała pustynia. „Czyż nie patrzyłeś na mnie wystarczająco długo wczoraj?”

„Trzymasz w sobie osobę, którą kocham”, powiedział chłopiec. „Kiedy wpatruję się w twoje piaski, szukam również jej. Chcę do niej powrócić, i potrzebuję twojej pomocy do zamienienia się w wiatr.”

„Czym jest miłość?”, zapytała pustynia.

A chłopiec odrzedł: „Miłość jest lotem sokoła nad twoimi piaskami. Bo dla niego, jesteś zieloną łąką, znad której zawsze powraca ze zdobyczą. Zna twoje skały, twoje wydmy i twoje góry, i dla niego jesteś hojna.”

„W swoim dziobie sokół niesie cząstkę mnie”, powiedziała pustynia. „Przez lata troszczę się o jego zdobycz, o tę odrobinę wody którą mam, a potem pokazuję mu gdzie jest zdobycz. Aż pewnego dnia, gdy cieszę się obserwując, jak jego łup rozwija się na mojej powierzchni, sokół spada z nia i zabiera to, co ja stworzyłam.”

„Ale właśnie dlatego stworzyłaś tę zdobycz”, odpowiedział chłopak. „By pożywić sokoła. A sokół żywi człowieka. A w ostateczności, człowiek będzie żywił twoje piaski, z których ponownie zrodzi się zdobycz dla sokoła. Taka jest kolej rzeczy tego świata.”

„Więc to jest miłość?”

„Tak, to jest właśnie miłość. Przeistoczenie się zdobyczy w sokoła, sokoła w człowieka i człowieka w pustynię, gdy przyjdzie na to jego kolej. To ona zamienia ołów w złoto, i zwraca złoto ziemi.”

„Nie rozumiem, o czym mówisz”, powiedziała pustynia.

„Ale możesz zrozumieć, że gdzieś w twych piaskach jest kobieta, która na mnie czeka. I dlatego muszę przemienić się w wiatr”.

źródło: http://www.worldmind.com

Następna strona »

Blog na WordPress.com.