Zakon RAM – mądrość, filozofia, literatura

lipiec 7, 2008

Andrzej Kowalski rozmawia z Paulem Coelho

Zaszufladkowany do: Paulo Coelho - wywiady — zakonram @ 6:42 pm
Tags: , , , ,

CO ODBIJA SIĘ W ZWIERCIADLE WSZECHŚWIATA?

Czym jest dla pana pisanie: pracą nad samym sobą, możliwością wyrażenia tego, czego nie da się powiedzieć bezpośrednio, nauczaniem?

Wieloma rzeczami naraz. Zgodzę się na pierwszą propozycję pisanie, to praca nad samym sobą. Ale w równym stopniu pisanie jest potrzebą dzielenia się z innymi ludźmi. Ciągle czymś się dzielimy: chlebem, papierosem, słowem – to jest bardzo istotne w życiu człowieka. Dla mnie pisanie jest również moją Własną Legendą, ponieważ zdecydowałeś! kiedyś, że zostanę pisarzem. Zobaczyć moją książkę wydaną w Polsce jest dla mnie czymś prawie magicznym.

Czy pamięta pan okoliczności w jakich owo marzenie o pisaniu pojawiło się po raz pierwszy ?
Doskonale zachowałem w pamięci dzień, kiedy pierwszy raz zobaczyłem moje nazwisko wydrukowane. Nie zapomnę też okoliczności, w jakich zdecydowałem, że zostanę pisarzem. Było to w tramwaju i za oknem padał rzęsisty deszcz. Powtarzałem sobie w myśli zdanie: “Lubię pisać i zostanę kiedyś pisarzem.” Poszedłem natychmiast zwierzyć się z tego matce. “Niemożliwe odpowiedziała mi. Z pisania książek nie będziesz mógł żyć.” Wiele razy później porzuciłem Własną Legendę, ale miałem ciągle przykład Jorge Amado, który żył z pisania książek. Myślałem zatem – dlaczego nie ja?

Jak pan zaczął: pisaniem nowel, poezją, dziennikarstwem?…
Wszyscy zaczynają podobnie, więc i ja napisałem dużo różnych rzeczy przed “Alchemikiem”, które wylądowały w koszu. Moją pierwsza książką jest opowiadanie o pielgrzymce. “Alchemik”, to moja druga książka. W filozoficznej bajce próbowałem wykorzystać alchemię, to znaczy zdolność jaką człowiek posiada, by umiejscowić swoje poszukiwania duchowe w świecie materialnya. Skąd taki wybór? Może dlatego, że chodziło o bajkę i jednocześnie o język, symboli, który trafia prosto do serca.

Czy sądzi pan, że pisanie jest dla pana najlepszym zajęciem w życiu?
Jako praca, tak. Pisanie, to moje własne poszukiwania duchowe, którymi staram się dzielić z innymi. Nie chcę nikogo nauczać, gdyż wiedza o życiu jeat czymś niezmiernie indywidualnym. Nie wierzę w mistrzów i w guru, bowiem każdy człowiek powinien prowadzić sam swoje wewnętrzne poszukiwania.

Czy po ukończeniu książki odnosi pan wrażenie, że coś pan utlfcił?
Absolutnie nie. Wręcz przeciwnie – zdobyłem ! Gdy kończę książkę pojawia się dziwna, całkowita pustka, ale bardzo szybko zapełnia się ona czymś innym – zrozumieniem i nowymi myślami, jakie mnie nawiedzają. Inspiracja jest właściwym słowem na określenie tego stanu. To praca sama w sobie. Istnieją takie chwile, gdy wszystko się zatrzymuje, chwile trudne, lecz one mijają i życie rusza swoim rytmem. Kiedy natomiast zamiera inspiracja, to tak jakby przyszła śmierć.

Z jakimi autorami czuje się pan związany?
Jest kilku takich, chociaż to co piszę jest dalekie od ich twórczości: Argentyńczyk Jorge luis Borges, Amerykanin Henry Miller i poeta angielski William Blake. Mam wrażenie, że często zwracam się ku tym trzem pisarzom.

W pańskich książkach temat poszukiwania Boga pojawia się bardzo często. Podobno na początku było Słowo… Sądzi pan, że pisząc człowiek idzie do przodu na drodze duchowej?
Jestem przekonany, że bak się dzieje. Pisanie jest dla mnie swoistym objawieniem, które pozwala na lepsze zrozumienie siebie samego.

Czy traktuje pan pisanie jako pewien rodzaj ofiary?
Nie. Myślę, że chodzi tu raczej o wymianę. Nie o wymianę kapitalistyczną, w której coś dajemy, aby coś innego równie wartościowego otrzymać. To dzieje się w sferze misterium.

W “Alchemiku” pisze pan, że “Jeśli czegoś gorąco pragniesz, to cały Wszechświat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu”. Ta myśl zrodziła się razem z “Alchemikiem”, czy też zawsze panu towarzyszyła?
Ta idea jest obecna we wszystkich wielkich mitach, które widzą świat jako olbrzymie zwierciadło. Wszystko co nosimy w sobie: miłość, nadzieję, pragnienia odbijają się w zwierciadle wszechświata. Ale odbija się w nim również nasz negatywizm i tak powielony powoduje, że stajemy się jeszcze bardziej sfrustrowani i zgorzkniali. Wszechświat istnieje poza tym, co zwykliśmy nazywać moralnością. Wszechświat nie rozróżnia dobra i zła. Ta myśl pojawia się w wielu tekstach mitologicznych i religijnych. Spróbowałem wyrazić ją tym właśnie zdaniem.

“Alchemik” ujawnia nam prawdy, które wydają nam się dobrze znane, ale o których zapominamy w życiu codziennym.
Oto właściwa synteza książki i jej sukcesu! Nie wymyśliłem niczego nowego i wszystkie życiowe prawdy jakie “Alchemik” wnosi są nam doskonale znane. Książka pomaga nam je na nowo ożywić, budzi nas ze snu, w jakim trwamy po to, by pójść tropem Własnej Legendy.

“Alchemik” mówi o Podróży. Czy pana zdaniem jest to najlepsze narzędzie poznania?
To jest archetyp, którym ciągle się posługujemy. W podróży obserwujemy samych siebie, ponieważ jesteśmy inni niż zwykle: zmuszeni do mówienia obcym językiem, do życia w nowych miejscach, do psługiwania się obcą walutą, do odkrywania na nowo wartości rzeczy… Ale ta uważna obserwacja świata i siebie samych powinna mieć również miejsce w “podróży codziennej”. Jesteśmy zbyt przyzwyczajeni do patrzenia jednakowo na dzień wczorajszy, jak i na ten co ma nadejść. Zapominamy o tym, że każdy dzień jest swoistym cudem. Pielgrzymka odgrywa doniosłą rolę prawie w każdym kraju i we wszelkich poszukiwaniach duchowych, ale nie należy zapominać, że ma ona miejsce również w zwykłym dniu każdego z nas,

Wędrując, wpisujemy się jakby w ruch samej Ziemi.
Myślę, że nawet całego kosmosu.

Skąd zainteresowanie alchemią?
Jeszcze z mojego pokolenia hippisów i szukania odpowiedzi na klasyczne pytania: “Po co tu jestem?” i “Dlaczego właśnie teraz?” Jak inni próbowałem wszystkiego: byłem najpierw u jezuitów, potem udałem się w podróż, stałem się buddystą, później ateistą, przynależałem do tajemnych stowarzyszeń… Ale pytania snuły się za mną niezaspokojone. Aż nagle w moim życiu pojawiła się alchemia i pomogła mi narzucić trochę dyscypliny w moich poszukiwaniach.

Pańska książka przepełniona jest symbolami alchemicznymi, alegoriami i metaforami. Stanowią one swoistą sieć powiązań, które odkrywamy często dopiero przy ponownej lekturze. Czy jest to pewien rodzaj strategii, czy rezultat zwykłego przypadku?
Chrystus powiedział, że królestwo niebieskie jest jak ma leńkie ziarno gorczycy, które siejemy w ziemi, i z którego wyrasta olbrzymia roślina, jakiej nawet nie podejrzewamy. Tak dzieje się i w życiu. Napisałem tę książkę w piętnaście dni, w sposób absolutnie spontaniczny.

Która scena w “Alchemiku” przysporzyła panu najwięcej kłopotu?
Wydawało ml się, że zapędziłem się w pułapkę, gdy chłopiec miał przemienić się w wiatr. To mogło przecież zniszczyć całą książkę, ale scena napisała się sama…

Czy teraz, poświęcając więcej czasu napisałby pan lepiej “Alchemika”?
Na pewno gorzej.

Czy istnieje jakiś szczególny powód, dla którego bohater książki jest Hiszpanem, a akcja toczy się w Afryce?
Tak, spisek świata. Hiszpania i Afryka dla brazylijskiego chłopca pozostaną zawsze w sferze marzeń. To tam zamieszkuje baśniowość i tajemnica. Z miejscami rodzinnymi pozostajemy w związku na tyle intymnym, że trudno jest o nich pisać.

W ilu krajach można czytać “Alchemika”?
W pięćdziesięciu sześciu.

Czy jest kraj, gdzie “Alchemik” nie odniósł sukcesu?
W Danii. Wciągu trzech miesięcy sprzedano zaledwie 288 egzemplarzy. Nie wiem dlaczego tak się dzieje. Będę chyba musiał pojechać tam i sam to odkryć.

Czy sukces męczy?
Sukces zmienia życie, choć są chwile, w których można czuć się zmęczonym. Sukces, to głównie spotkania z ludźmi, a one są największym cudem, jaki Šzyni dla nas życie.

Rozmowę przeprowadził i przetłumaczył
Andrzej Kowalski

W ślad za znakami

Zaszufladkowany do: Paulo Coelho - wywiady — zakonram @ 6:32 pm
Tags: ,

(Zwierciadło październik 1999) Światowy rozgłos “Alchemika”, opowieści o chłopcu-pasterzu, który podąża śladem swych marzeń, uczynił jej autora jednym z najpoczytniejszych pisarzy końca naszego wieku. Czy to w Polsce, czy w Stanach Zjednoczonych na spotkania autorskie z Paulem Coelho przychodzą tłumy czytelników spragnionych choćby krótkiej z nim rozmowy.

- Dla czytelników pańskich książek stał się pan mistrzem rozwoju duchowego, swoistym guru. Czy ma pan siłę sprostać temu oczekiwaniu?
- Z moimi czytelnikami dzielę się jedynie doświadczeniem. Nie próbuję tłumaczyć im wszechświata. Nie mówię, co oznaczają znaki, omeny. Nie udzielam nauk. Jestem po prostu dobrym kompanem, ale na pewno nie mistrzem. Jestem starszym bratem, ale nie guru.

- Czy to znaczy, że pisze pan dla każdego, a nie tylko dla tych, którzy już wiedzą, co w życiu jest ważne?
- Mam nadzieję, że moje książki o zwykłych ludziach są dla zwykłych ludzi. Uważam, że te, które próbują czytelnika ukierunkować, są niebezpieczne dla naszej drogi duchowej. Moje książki są tylko dzieleniem się przeżyciami. Nie wierzę w gromadzenie wiedzy. Dla mnie wartością jest objawienie, ujawnianie rzeczy nowych. Wierzę w odkrycia, w otwieranie się na nowe, nieznane. Ponad wszystko w to, że życie jest przygodą, czymś niespodziewanym. Wierzę w akt wiary, w mówienie sobie “jestem gotowy”, mówienie “wiem”, nawet jeśli nie wiem. Tak jak napisałem w “Alchemiku”, cały wszechświat pomaga nam, kiedy gotowi jesteśmy iść naprzód. Jeśli otworzymy się i uwierzymy, że coś jest możliwe, tak się stanie. By żyć pełnym życiem, nie musimy trzymać się kurczowo utartych szlaków. Nie wolno ślepo podążać za tymi, którzy uważają się za mądrzejszych od nas, za mistrzów, guru. Tymi, którzy sądzą, że wiedzą więcej od nas. W ten sposób pozbawiamy się odpowiedzialności za nasz własny los. Jesteśmy wystarczająco silni, by sami poradzić sobie z nieznanym. Ufajmy przede wszystkim sobie.

- Jak długo dojrzewało w panu pragnienie, by zostać pisarzem?
- Kiedy pierwszy raz pomyślałem o pisaniu, bytem przerażony Bałem się, że jest to niemożliwe. Minęły lata, zanim zrozumiałem, że jesteśmy na Ziemi po to, by realizować swoje marzenia. Mimo że często płacimy za to wysoką cenę, i to niezależnie od tego, czy osiągamy sukces, czy ponosimy porażkę. Zadebiutowałem, mając 38 lat. Dziwiono się, jak to możliwe. Jak widać, wszystko jest możliwe. Możemy zrobić, co chcemy Przeszkodą jest tylko to, że za bardzo liczymy na innych, podpieramy się innymi. Szukamy wymówek, wmawiamy sobie, że nie umiemy czegoś zrobić. Przełomem w moim życiu był rok 1986. Odbyłem wówczas pielgrzymkę do sanktuarium Santiago de Compostella w Hiszpanii, gdzie od wieków ciągną rzesze chrześcijan. Mistyka tego miejsca wywołała we mnie taki wstrząs, że musiałem to opisać. Dzięki temu w 1987 r. pojawiła się moja pierwsza książka. “Pielgrzymka”.

- Co pan wtedy czuł?
- Stanąłem oko w oko ze swym przeznaczeniem. Zdawałem sobie sprawę, że mogę ponieść porażkę, i byłoby to na pewno bolesne i gorzkie. Wiedziałem jednak, że to, co zrobiłem, było wyłącznie moim świadomym wyborem. Wybrałem walkę i – jak nazywam ją w “Pielgrzymce” – była to dobra walka. Dziękuję dziś Bogu, że dokonałem takiego wyboru, że się w ogóle odważyłem.

- Nie bał się pan, że może być złym pisarzem? Nie znaleźć wydawcy, czytelników?
- Oczywiście, uwzględniałem to. Moja pierwsza książka nie była sukcesem. Nawet “Alchemik” nie sprzedawał się dobrze na początku. Pierwszy wydawca w Brazylii zerwał ze mną kontrakt, ponieważ książka nie przynosiła mu dochodu. Ale wszechświat robił wszystko, żeby mi pomóc i wierząc w to nie przestałem pisać. Byłem uparty, zdecydowany. Dlatego mi się udało. “Alchemika” najpierw wydano w Hiszpanii, po dwóch latach w USA. Pomogła mi w tym wtedy dwudziestoletnia osoba. Nie miała w ogóle doświadczenia, ale była uparta i konsekwentna w tym, co robiła. I udało się. Monica Antunes z Hiszpanii, bo o niej tu mowa, została moją agentką. To, że ją spotkałem, też było znakiem, a może nawet cudem. To, że jestem popularny, na pewno jest cudem. Cudem bowiem jest wiedzieć, że nie jestem sam ze swoimi myślami.

- Druga pańska książka, “Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i plakatom”, opowiada o trudnej miłości. Dlaczego tak trudnej?
- Chciałem przedstawić miłość ziemską, która prowadzi do miłości boskiej. Pokazać, że można akceptować każdą miłość, która do nas przychodzi. Bywa, że czujemy się winni, kiedy jest to miłość inna od akceptowanej powszechnie. A przecież każda jest nam potrzebna do równowagi w życiu. Pamiętam, że kiedy pisałem “Na brzegu rzeki Piedry…” stawałem się Pilar. Przepełniony jej miłością. Była mi tak bliska, że odważyłem się pokazać ją żonie dopiero po ukończeniu książki. Nie chciałem by oceniała ją zbyt wcześnie.

- Podobno napisał pan tę książkę w ciągu dwóch tygodni?
- To prawda, pisałem ją piętnaście dni. Niektórzy, aby napisać książkę, muszą pojechać w spokojne miejsce, nad jezioro czy w góry Ja muszę być w centrum życia, w środku mojego zwykłego dnia, gdzie obok jest moja żona, sekretarka, setki przychodzących faksów. Wtedy wiem, że niezwykła magia dotyka mojej książki, że nie jest odizolowana od rzeczywistości. Zawsze kiedy chcę pisać, jadę do Brazylii, bo tylko tam mogę tworzyć. We własnym domu, we własnym biurze. Piszę szybko, ale książka dojrzewa we mnie przez dwa lata. Nie znaczy to, że myślę o niej nieustannie. Wiem jednak, że jest, że istnieje. Czeka tylko na odpowiedni moment, by ukazać się w całej postaci. Nie robię notatek, ponieważ jestem pewien, że ważne rzeczy pozostaną we mnie, a odejdą te nieważne. Jedyną czynnością, jaka pozostaje mi na koniec, jest wystukanie wszystkich słów na komputerze.

- Ciągle pan podróżuje. Co pana tak goni po świecie?
- Nauczyłem się podróżować dawno temu, jeszcze jako hippis, i za małe pieniądze. Dziś oczywiście podróże służą głównie promocji książek, ale dla mnie najważniejsze jest doświadczenie, jakie czerpię z tych podróży Manifestacją tego doświadczenia są moje książki. Wielu ludziom pomogły one inaczej spojrzeć na świat. Znaleźć w sobie odwagę, by poszukiwać.

- Czego pan szuka? Czy do duchowej wędrówki nie wystarcza religia?
- Wychowałem się w katolickiej rodzinie. Chodziłem do szkoły prowadzonej przez jezuitów, którzy znani są z twardych reguł. Już sam ten fakt wystarcza, aby odsunąć się od religii. Uczęszczanie do katolickiej szkoły jest najszybszą drogą do utraty wiary Kiedy skończyłem naukę, zdecydowałem, że muszę poszukać czegoś innego. Moja duchowa droga była dla mnie bardzo ważna. Zacząłem próbować – poznałem inne religie, sekty, tajemnicze ugrupowania. Wiele podróżowałem, aż zrozumiałem – przede wszystkim po pielgrzymce do Santiago de Compostella – że religia, którą mamy we krwi, jest najważniejsza, najistotniejsza. Powróciłem do Kościoła katolickiego. Uczęszczam na msze święte i zawsze noszę przy sobie wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej, który dostałem od kogoś jeszcze w Brazylii. Uważam jednak, że duchowa droga nie ma nic wspólnego z religią. Rozwój duchowy jest naszą odpowiedzialnością i musimy ją podjąć. Tylko od nas zależy, jaką drogę odbierzemy. Nie wolno przy tym zapominać, że Bóg zawsze nas prowadzi, bez względu na to czy rozumiemy to czy nie.

- Większość z nas podąża utartymi szlakami, bo tak łatwiej w życiu, bezpieczniej…
- Na szczęście są wśród nas tacy, którzy nie szukają łatwych dróg, mają odwagę zrobić coś nowego, innego. Potrafią odczytać znaki jakie im daje Bóg, i idą śladem tych znaków. Są jak rzeka. Nic nie jest w stanie ich zatrzymać. Akceptują wszelkie zmiany i nigdy nie tracą z oczu celu swej wędrówki.

Na zakończenie spotkania Paulo Coelho napisał mi na egzemplarzy swojej książki: Follwo the omens – podążaj za znakami.

Rozmawiała Iwona Hoffman

Rozmowa Paulo Coelho i Wojciechem Eichelbergerem

Zaszufladkowany do: Paulo Coelho - wywiady — zakonram @ 6:23 pm
Tags: , ,

O związkach literatury i psychoterapii.

Paulo Coelho, ur. 1947 r., w Rio de Janeiro, autor „Alchemika”, światowego bestsellera przetłumaczonego na 39 języków. Polskiemu czytelnikowi znana jest również jego powieść pt. „Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam” oraz wydana ostatnio „Piąta Góra”. Książki brazylijskiego pisarza są utrzymane w poetyce baśni. Opowiadają o tym, że każda życiowa klęska może oznaczać zwycięstwo, bo nic tak nie ubogaca, jak pokonywanie trudności. Coelho codziennie otrzymuje wiele listów z podziękowaniami od czytelników, którym jego książki przyniosły pomoc i ukojenie.

Wojciech Eichelberger, ur. 1944 r., psycholog, psychoterapeuta. Od ponad 20 lat prowadzi psychoterapię indywidualną i grupową oraz treningi umiejętności psychologicznej. Jest współzałożycielem warszawskiego Laboratorium Psychoedukacji. Swoim pacjentom zaleca m.in. lekturę „Alchemika”. Sam również wydał kilka książek, m.in. „Jak wychować szczęśliwe dzieci” czy nominowany do nagrody Nike esej pt. „Kobieta bez winy i wstydu”. Najnowsza pozycja to „Zdradzony przez ojca”. Eichelberger prowadzi telewizyjny program „Okna”, w którym ostatnio gościł Paulo Coelho.

„Polityka”: Na czym polega podobieństwo pracy terapeuty i pisarza? Czy są to zajęcia tak samo twórcze? Tak samo odpowiedzialne?

Paulo Coelho: Mój kontakt z odbiorcą jest pośredni. Docieram do niego poprzez druk, nie widzę go. Mam jednak świadomość, że moje słowa trafiają do czytelnika i czasem zaczynają działać. Wierzę w potęgę języka i jestem odpowiedzialny za każdą linijkę mojej książki. Nie mogę jednak kontrolować procesu interpretacji. Moja odpowiedzialność kończy się z ostatnim napisanym i sprawdzonym przeze mnie zdaniem.

Wojciech Eichelberger: Książki mogą być częścią pracy z drugim człowiekiem. Oczywiście istotą terapii jest autentyczne doświadczenie, nie przeżycie czytelnicze. Tu zaczyna się moja rola jako psychologa, czyli kogoś, kto bardziej słucha, niż mówi. Książka Paula może być w tej pracy wielką inspiracją. Ja jednak muszę brać odpowiedzialność nawet za ewentualne interpretacje pacjentów dotyczące tego, co robię i mówię w czasie sesji terapeutycznej.

P.C.: Moja sytuacja jest bardziej komfortowa. Chciałbym, aby moim powieściom przypisywano jedynie rolę katalizatora pewnych procesów duchowych. Książka sama w sobie nie może czegokolwiek zmienić.

W pana książkach nie ma narracyjnych eksperymentów, wielowątkowej fabuły, obszernej charakterystyki postaci. Czytając te powieści nie widzi się trudu autora-architekta. „Alchemika” napisał pan w 15 dni, a właśnie wydaną w Polsce „Piątą Górę” – w 23…

P.C.: A cóż to jest literatura? Spytajmy 100 krytyków, a każdy da nam inną odpowiedź. Dla mnie literatura to jedna z wielu dróg dzielenia z innymi tego, co się posiada wewnątrz. To sztuka podróży w głąb siebie. Niejednokrotnie porównywałem pisanie książek do porodu. Musi być szybkie, bo jeśli nie ma końca, umiera i matka, i dziecko.

Obu panów jako autorów cechuje postawa afirmacji kobiecości. To właśnie głównie czytelniczki stanowią najwierniejszy krąg odbiorców. Czy to jakaś odmiana męskiego feminizmu?

W.E.: Jestem bardzo wrażliwy na to, co zwykło się nazywać żeńską częścią Wszechświata. Podzielam pogląd, że dla utrzymania globalnej równowagi tak samo potrzebne nam jest to, co męskie, i to, co kobiece. Nie chodzi tu oczywiście o prostą różnicę płci. Uważam, że wszyscy mężczyźni powinni próbować rozwijać swoją „kobiecą” stronę duszy.

P.C.: Do mnie samego bardzo późno dotarło, że jest we mnie pierwiastek żeńskości. W książce „Na brzegu rzeki Piedry usiadłam i płakałam” próbuję zmierzyć się z kobiecym sposobem odbierania świata – kobiecym miłosierdziem, współczuciem, intuicją. Wcielam się w moją bohaterkę, Pilar, opowiadam jej historię i próbuję w niej rozpoznać siebie.

Natomiast w „Alchemiku” opowiada pan historię chłopca, który trafia do wspaniałego pałacu. Musi dopilnować, żeby nie uronić ani kropli oliwy ze srebrnej łyżeczki. Takie zadanie powierza mu gospodarz. Chłopiec jest tak pochłonięty jego wykonywaniem, że zupełnie nie zwraca uwagi na otaczający go przepych. Właściciel zamku zachęca go do wycieczki po posiadłości. Niestety, podziwiając wytworne komnaty, młodzieniec rozlewa oliwę…

P.C.: I to jest właśnie alegoria niedoskonałości poznawania jednostronnego: kiedy za bardzo się na czymś skupiamy, po drodze umyka nam wiele cennych rzeczy.

W.E.: „Alchemik” zawiera wiele celnych metafor. Niektóre z nich wykorzystuję w pracy, zwłaszcza w pracy z kobietami. Książka pokazuje, że odnalezienie siebie wymaga pokonania wielu trudności. Nie wolno nam się poddawać. To normalne, że na drodze spotykamy zarówno mistrza, od którego się uczymy, jak i złodzieja czy oszusta.

P.C.: Ale skarbu nie zdobywa się w pojedynkę. Santiago, bohater mojej książki, odkrywa, że osiągnie to tylko z Fatimą.

W.E.: Tak jak w filozofii taoistycznej: siły yin (męskie) i yang (żeńskie) muszą być doskonale zharmonizowane. Równowaga tych sił jest podstawą kosmicznego porządku, który przekłada się zarówno na sferę społeczną, polityczną, jak i na życie wewnętrzne każdego człowieka.

A więc literatura miałaby być jedynie środkiem przywracającym czytelnikowi poczucie harmonii?

P.C.: Cały czas powtarzamy słowo „harmonia”. Chciałbym je uzupełnić pojęciem „konfrontacji”. W naturze wszystko dzieje się na drodze nagłego zderzenia. Wierzę, że jednym z naszych podstawowych doświadczeń jest to, że spotykamy innych ludzi. Dlatego tak wiele miejsca w moich książkach zajmują przygodni towarzysze, przybysze znikąd, którzy nagle się pojawiają i równie nagle odchodzą.

W.E.: Dlatego musimy być bardzo otwarci. Musimy chcieć odbierać te lekcje, na które zaprasza nas życie. Naszymi nauczycielami mogą być bardzo różni ludzie.

Nauczyciele, o których pan mówi, a Paulo Coelho pisze, niezbyt interesują się sferą intelektu. Polskie wydanie „Alchemika” opatrzone było hasłem: Nie czytaj tej książki rozumem, ona trafia prosto do serca.

P.C.: Jedną z bardziej trafnych odpowiedzi na podobne pytania zawarłem w książce „Na brzegu rzeki Piedry”: „Mądrość ludzi jest szaleństwem w oczach Boga. Jeśli posłuchamy głosu dziecka, które mieszka w naszej duszy, oczy nasze znowu nabiorą blasku”.

Całkowicie odrzuca pan racje rozumu?

P.C.: To za mocno powiedziane. Odrzucam jedynie monopol intelektu, jego dominację.

W.E.: Często mylimy intelekt z ukrytymi uprzedzeniami, pochopnymi sądami. Są one głęboko zakorzenione w naszym umyśle i rzutują na nasze widzenie świata. Wierzymy naszym uprzedzeniom, idziemy za ich głosem, bardzo trudno je nam zakwestionować. Prawdziwy intelekt to wspaniałe narzędzie. Możemy mu powierzać rozmaite łamigłówki i oczekiwać na zaskakujące rozwiązania, by następnie przekazać je intuicji. Bez intuicyjno-emocjonalnego etapu trudno wyobrazić sobie prawdziwe pokonanie trudności. Buddyzm traktuje intelekt jako kolejny zmysł, podobny do słuchu czy węchu, czyli kanał dostarczający nam jedynie fragmen-tarycznych i swoiście zniekształconych informacji o świecie. Intuicja natomiast jest czymś znacznie głębszym, związanym nie tyle z mózgiem, co z sercem.

W wypowiedziach obu panów pojawiają się elementy filozofii Wschodu. W książce „Kobieta bez winy i wstydu” pana Eichelbergera znalazłam deklarację sympatyzowania z buddyzmem.

W.E.: Buddyzm bardzo mnie inspiruje. Uważam jednak, że połączenie mądrości płynącej z chrześcijaństwa z wiedzą Wschodu bywa niezwykle pouczające.

P.C.: Studiowałem Zen przez wiele lat. Szczególnie bliski jest mi sposób, w jaki ta religia zwraca się do człowieka. Te wszystkie metafory, legendy i znaki stwarzają głęboką przestrzeń symboliczną, w której ja bardzo dobrze się czuję.

Krytycy często dopatrują się w książkach Coelho myślenia właściwego Nowej Erze. Na przykład Knut Tore Breivik napisał: „nie ma wątpliwości, że świat duchowy, który Coelho przedstawia, to świat z etykietką New Age”. Czy pana to oburza?

P.C.: Może trochę. New Age jest jak wielki worek, w który rozmaici eseiści i publicyści starają się wrzucić to wszystko, co wymyka się ich kategoryzacji. Nie jestem typowym przedstawicielem New Age z kilku powodów. Po pierwsze piję alkohol i jem mięso. Rozumiem wegetarian, ale tylko tych, którzy stali się nimi z wyboru. Argument, że jedzenie mięsa jest grzechem, wydaje mi się idiotyczny. Jestem zupełnie normalnym człowiekiem. Wyznawcy New Age dążą do głębokiego oczyszczenia – cielesnego i duchowego, ograniczają kontakty z innymi ludźmi. Mnie jest to zupełnie obce.

Niemniej jednak w swoich książkach opisuje pan nowy typ doświadczenia duchowego. To nie jest po prostu realizm magiczny, z którym zwykliśmy kojarzyć pisarstwo Ameryki Południowej.

P.C.: Nowy punkt widzenia to niekoniecznie punkt widzenia Nowej Ery.

W.E.: Ja z kolei dodałbym, że on wcale nie jest nowy. To bardzo stary punkt widzenia. Jest bowiem tylko jedno doświadczenie duchowe, które można nazwać uniwersalnym. Paulo Coelho świetnie je opisuje i dlatego jego książki są kupowane na całym świecie przez wyznawców najróżniejszych religii. Nieważna jest tradycja, z którą owo doświadczenie się styka, tak jak nieważne są dekoracje czy metafory. O czym ludzie najchętniej czytają? Oczywiście o sobie.

Chcą powiedzieć: właśnie znalazłem to, co od dawna przeczuwałem, ale nie potrafiłem ubrać w słowa…

P.C.: Dokładnie! Teraz wy powiedzieliście to, o czym sobie myślałem. Niczego nie tworzę, ani nie odkrywam. Jestem tylko tłumaczem. Tłumaczem doświadczenia.

W pana tłumaczeniu znalazłam mnóstwo cytatów z Biblii i innych świętych ksiąg.

P.C.: Myślę, że te cytaty pomagają czytelnikowi w skupieniu, wprowadzają go w kontemplacyjny nastrój. Słowa, które przytaczam, pochodzą z różnych miejsc, ale prowadzą do jednego.

W.E.: Jeśli uwierzymy, że wszystkie święte księgi pochodzą ze wspólnego doświadczenia duchowego, to nie powinniśmy mieć oporów przed wczytywaniem się w to, co one nam mówią. To tak jak wyciągnięte w kierunku Księżyca palce jednej ręki – każdy z nich jest inny, ale przecież wskazują na to samo. To chyba dobra metafora.

A czy istnieje jakaś trafna metafora charakteryzująca stan ducha ludzi pod koniec XX wieku?

P.C.: Moim zdaniem najlepsze będzie porównanie obecnej sytuacji do bycia na skrzyżowaniu albo rozdrożu. Jest tyle możliwości, tyle dróg. Ciągle powstają nowe, których wcześniejsze pokolenia nie znały.

W.E.: Stajemy się coraz bardziej świadomi. Informacyjna rewolucja mocno pobudziła nas do refleksji nad światem, który nagle stał się taki mały. Istnieje niebezpieczeństwo, że wielu ludzi, mając wszystko za monitorem komputera, po prostu zamknie się w sobie.

P.C: Elektroniczne drogi prowadzą przez cały świat – nigdy wcześniej nie mogło być mowy o takiej globalizacji. Niestety brakuje nam przewodników. Jest w nas coraz mniej wiary i ufności. Pozostaje mieć nadzieję, że mimo wszystko się nie zgubimy.

Rozmawiała Maja Wolny

Blog na WordPress.com.